Zbyt trudne role

W poprzednim odcinku było o tworzeniu postaci, dziś będzie o ich odgrywaniu. Taki Mistrz Gry to ma prostą robotę (mhm, dość mocno tu przesadzam) – nie musi się jakoś przesadnie wysilać, bo ma do dyspozycji pierdylion NPCtów, z których każdy może się okazać Cudem Jednej Sceny albo wprost przeciwnie. Gracz ma dużo gorzej, bo przez co najmniej kilka sesji, od początku do końca, musi się bujać z jednym zestawem umiejętności i jedną osobowością do odgrywania. Umiejętności – nie problem. O tym można sobie trochę poczytać i opcjonalnie wciskać Mistrzowi Gry kit, jeśli ten zna się na rzeczy mniej niż gracz. Gorzej z osobowością.

Sytuacja takowa: postać znana jako „Dirty Sexy Kuni” (bo koncept miałem, ale nie mogłem się zdecydować na imię – albo Koichi, albo Ranmaru) – miało się takie małe, rozczochrane i bishonenowate (i to jeszcze KUNI, ze wszystkich możliwych rodzin!) szlajać w pobliżu drużynowego Kraba, zwracać się do niego per onii-san (czyli „starszy bracie”), od czasu do czasu dokonywać działań wysoce niehonorowych typu uwodzenie samurajów płci obojga (stąd wybór drugiego imienia – wedle popkulturalnej wersji japońskiej historii, Mori Ranmaru był ewidentną ciotą), a z rzeczy potrzebnych – walić fireballami i składać poranionych członków drużyny. No dobra, jak pomyślałem, tak i zmajstrowałem statystyki jako-takie, czyli „jestem słodki jak garnek miodu pomalowany w różowe kwiatki, ale jak zaczyna się draka, to mam baterię czarów ofensywnych i nie boję się ich użyć”, ale potem się zastanowiłem: kurwa, przecież ja nie będę umiał konsekwentnie zagrać bishonena, i to jeszcze takiego z momentami wredniactwa i/lub squicka, bo tak czy kwak skończy się to kiepską męską wersją Darii (i to albo rozwiązłą, albo ciapowatą w podrywie). A drugi problem – dosłownie dwa dni wcześniej wpadł mi do głowy pomysł na postać dużo prostszą do zagrania i bardziej zgodną z moimi fajterskimi tendencjami. Z moim charakterem dużo prościej mi się wcielić w Kaminę niż w Doogiego Howsera. I tak niestety Dirty Sexy Kuni trafił do szafy, a ja zamierzam grać aroganckim Jednorożcem w klimatach Minsca (i Kaminy – charakterami są dość podobni, i obaj to klasyczne Primabalerony). W dodatku zamiast klejenia się do drużynowego Kraba (który okazał się być Łowcą Czarownic Kuni prowadzonym przez najbardziej zakręconą osobę z drużyny) będzie należał do szczęśliwej i pochrzanionej rodzinki trójki Jednorożców. I zamiast onii-san będzie mówił do swojego „brata” per aniki („brachu”).

Druga sytuacja, która zdarzyła mi się trochę wcześniej, to próba zrobienia drobnego cwaniaczka i szulera do Requiem. Historia była OK, zestaw skilli całkiem wygodny, ale problem był w tym, że na sesjach nie potrafiłem się skupić na tyle, żeby odpowiednio przekonująco wciskać kit NPCtom. Nie lubię sytuacji, w których nie wiem na czym stoję, bo narracja jest mało przekonująca – to niestety nie Houses of the Blooded gdzie jestem w stanie odpowiednio pociągnąć historię jako gracz, a MG może mi tylko klaskać, bo wszystko trzyma się kupy, a on się nie przemęcza. I stąd cwaniak szybko zdegenerował do niewidzialnego pistolero w charakterystycznym dla hollywoodzkich szulerów białym garniturku. Jasne, nadal się nim fajnie grało, ale to nie było to, co wymyśliłem. Nie było komu wciskać kitu, bo oczywiście połowa NPC chciała nas wykończyć, 1/4 była naszymi przełożonymi, a 1/4 to byli sklepikarze i inni statyści, a wszyscy bez jakiegokolwiek charakteru (a pomyśleć, że u drugiego kiepskiego MG od czasu do czasu trafiali się NPC warci zapamiętania, np. zjarany taksówkarz-rasta albo wysoko postawiony Malkavianin-dandys, z którym lepiej było nie zadzierać).

I po ostatnie – jak widzę, że Mistrzowi Gry się nie chce, to po co JA się mam przemęczać?

Reklamy

4 comments on “Zbyt trudne role

  1. Hmm, no cóż, rozumiem chyba do czego dążysz, ale zrozum też mój punkt widzenia. Na pierwszych sesjach dostawaliście fory, pytałem, co wasze postaci mają zamiar zrobić z wolnym czasem i jakoś nikt nie wpadł na pomysł, żeby na przykład wpaść do elizjum i posłuchać plotek. A tam Lex miała by pole do popisu. Zamiast tego były banalne zapchajdiziury. W kilku innych sytuacjach społeczno-dialogowych Lex też się nie popisała. I nie tylko w przypadku zatrzymania podejrzanego kierowcy, ale choćby podryw w knajpie na jednej z pierwszych sesji (choć to starałem się sobie tłumaczyć tym, że facet odgrywa postać kobiecą). W pierwszym przypadku dała się łatwo zbić z tropu osobie pewniejszej siebie, a w drugim… To, że laska siedzi i czeka aż ją ktoś poderwie w przypadku nosferatu raczej nie jest idealnym rozwiązaniem.
    Co do mało przekonywującej narracji, to masz absolutną rację, należę do tego gorszego gatunku MG i nigdy tego nie ukrywałem, ale postaram się wyciągnąć wnioski z tego co piszesz. Może jak kiedyś uda nam się zagrać sesję od początku do końca bez przerywników na dygresje, uda mi się lepiej.
    Pozdrowienia, Twój uczący się MG 🙂

    • Właśnie myk w tym, że u ciebie na sesjach jest względnie nieźle, jak władowaliśmy się do tego Ahmeda na złomowisku, to miałem wrażenie że go przestraszyliśmy, bo odgrywany był choć trochę. Tak samo z tym kolesiem od samochodu – najechał na mnie tak, że mnie przytkało. A z tym podrywem – nie wiedziałem czego się spodziewać i jak mam to rozegrać, zresztą częściowo udało mi się zrobić co chciałem. Uznałem że dam się celowo poderwać byle bucowi na pierwszy lepszy bajer, a potem go zjem – w wypadku Nosferatu (i to z moimi skillami…) to akurat najlepsze co można zrobić. Jakby Lex sama zaczęła podrywać, wyglądałoby to tak, że po pięciu minutach wszyscy faceci udawaliby gejów, zajętych albo po prostu by uciekli, a dziewczyny panicznie zastanawiałyby się, czy ona przypadkiem nie jest biseksualna, bo jeśli tak, to pora pryskać (tak, tutaj też tyczy się uwaga „ciapowata w podrywie”).

      Poza tym jeszcze raz przeczytaj notkę – jest w niej mowa nie o Lex, a o Nicku. Problem był w tym, że Nick umiał gadać, a ja niekoniecznie. Lex jest dla mnie paradoksalnie łatwiejsza w odgrywaniu – poza tym ona ciągle się pewnych rzeczy boi, a już szczególnie zwracania na siebie uwagi w negatywnym sensie. Mnie tak przytkało, kiedy koleś wyjechał mi z groźbą, że mi wytoczy sprawę – bo zacząłem kumać, że to po prostu napad paranoi Jane i numer w stylu losowych śmieci w Auspexie (swoją drogą całkiem niezły patent, lepszy niż „you got nothing”) i jeżeli delikwenta bym wytarzał albo mu nawrzucał, to zaczęłaby się kolosalna chryja. Nie wiem jak wysoko sięgają wpływy Łykana, jak długo bym się musiał z tego przed nim tłumaczyć, z jakim efektem i czy aby na pewno ten numer odznaki nie należy do pięćdziesięcioletniego łysiejącego grubasa z biura w Bostonie czy innym Chicago. Ja z automatu uznaję, że MG jest wredny, i jeżeli gracz się wkopuje, to MG go raczej zasypie niż wyciągnie.

      • Heh, zacząłem się ostatnio zastanawiać, czy właśnie wkopywanie graczy jest tym, co MG powinien robić. Doszedłem ostatnio do wniosku, że on powinien tylko dać okazję i patrzeć, co zrobią gracze. Wprowadzanie jakiegokolwiek elementu w przygodzie tylko dla tego, że powinien wystąpić, mija się z celem. No bo spójrzmy na przykład. Mamy wielkiego złego maga, który odprawia rytuał. Gracze zdają sobie sprawę z tego, że mają bardzo mało czasu, żeby go zabić, zanim coś zrobi (MG już sobie zaplanował, co to będzie i wiąże z tym pomysłem nadzieje na kilka sesji), ale czeka ich jeszcze walka z przydupasami. I tu mamy co najmniej 3 możliwości.
        1. Gracze tracą za dużo czasu na przydupasów i nagle staje się Wielkie Coś (cokolwiek było celem rytuału)
        2. Gracze ich pokonują, ale i tak nie przerwą rytuału, bo wielkiego złego chroni magiczna bariera (czyli tak, czy owak stanie się to, co chciał MG)
        3. Gracze rozbrajają przydupasów, maga, przerywają rytuał i mają poczucie, że udało im się coś wielkiego, a MG zastanawia się, jak to wpłynie na dalsze sesje.
        Tak więc Danie graczom okazji do potknięcia się tak. Kopanie leżącego nie (chyba, że sam się natarczywie naprasza i wie, czym to grozi).

        Jeszcze kilka słów o Lex. Wpadła w kolorowe towarzystwo, jeszcze się nie przystosowała, ale to tylko kwestia czasu 🙂

      • MG nie musi, a nawet nie może wkopywać graczy. Gorzej, jak gracz sam się wkopuje, i to w sytuacji w której wie że się wkopuje, bo jego działanie jest niezgodne z prawem albo zwyczajnie głupie. A sytuacja z magiem – drugie rozwiązanie jest szczerze mówiąc ciężko po chuju, bo to zwyczajne wsadzanie graczy na szyny. Sytuacja, w której pół drużyny tankuje przydupasów, a druga połowa idzie trzasnąć maga w palnik, żeby przestał się zajmować tym, czym się zajmuje (co w większości przypadków byłoby banalne, bo delikwent byłby za bardzo skupiony na robocie, a poza tym magowie są zwykle z plasteliny), jest chyba najbardziej logiczna, a czasówkę (jeśli nie jest kretyńsko zrobiona) da się znieść. Dodatkowo, i czasówka, i podzielenie drużyny na dwa zadania wymagają od graczy trochę finezji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s