Burza, cz.1 – Kruk

Mój MG dał mi bojowe zadanie: tworząc historię swojej postaci do Legendy Pięciu Kręgów, miałem w niej umieścić trzy rzeczy: kruka, starego Skorpiona (tzn. samuraja z klanu Skorpiona) i nieznajomego (albo nieznajomą). Wstępny pomysł mi się ulęgł następujący: moja postać ma wady Adopted Blood i Bad Reputation (oraz, co mniej istotne, Unluck i Gaijin Name), więc najprostszym wyjściem jest zrobić sierotę adoptowanego przez samuraja z klanu Jednorożca, Skorpionem zepsuć mu opinię, a z nieznajomego zrobić gościa, który wymordował mu rodzinę. Taki był wstępny pomysł. A potem się on dość konkretnie pozmieniał. Tyle tytułem wstępu.

Shinjo Kubo i jego żona popatrzyli po sobie. Mimo wielu prób, od kilku lat nie mogli dochować się dziecka, nie pomagały nawet rady i modlitwy shugenja. Być może jednak siedzący naprzeciw nich Iuchi Karasu, korzystający z ich gościny młody wędrowiec, wiedział więcej od tych, z którymi Kubo rozmawiał wcześniej?

-Iuchi-san, zanim cię pożegnamy, czy mógłbyś pomóc nam w jeszcze jednej sprawie?
-Oczywiście, Shinjo-sama. Nie śmiałbym odmówić.
-Moja żona i ja… nie możemy mieć dzieci. Kami nie są dla nas łaskawe, nawet mimo wszelkich prób ich przebłagania.
-Jeśli pozwolisz, panie, muszę wyjść do ogrodu. Mam prośbę: nie zbliżaj się do stawu, kiedy będę przy nim medytował. Wkrótce powrócę z odpowiedzią.

Karasu wstał, ukłonił się i wyszedł przez uchylone drzwi do pałacowego ogrodu. Usiadł w pozycji kwiatu lotosu na brzegu stawu, wpatrując się w falującą wodę. Zaniepokojony Kubo obserwował go z daleka.

Po kilkunastu minutach, Karasu wstał i powoli ruszył z powrotem do komnaty.

-Podążaj za krukiem, panie. On wskaże ci przyszłość. – powiedział po tym, jak ponownie usiadł przed obliczem daimyo. – Będziesz musiał podążyć niebezpieczną ścieżką, a wszyscy uznają to, co odnajdziesz, za małej wartości. Nie zniechęcaj się jednak, bo jak mówi tao Shinsei, nawet największa podróż zaczyna się od jednego małego kroku. A teraz, jeżeli pozwolisz, muszę ruszać w dalszą drogę.
-Nie lękasz się podróżować nocą, Iuchi-san?
-A czy ty byś się lękał, Shinjo-sama? – Karasu uśmiechnął się, wstał i skłonił głęboko.
-Słusznie mówisz. W takim razie, żegnaj.

Mijały godziny. Kubo leżał obok śpiącej żony, zastanawiając się nad słowami wędrownego shugenja. Nagle otworzył szeroko oczy, zerwał się z futonu i wypadł z sypialni. Czekający przy drzwiach sługa aż podskoczył, gdy te otworzyły się z trzaskiem.

-Siodłajcie mojego konia! W którą stronę pojechał ten shugenja?!

Dopiero teraz zrozumiał, co Iuchi Karasu miał na myśli mówiąc o kruku. Słowo „karasu” znaczyło właśnie „kruk”, a Kubo, zamiast wyruszyć z nim na wędrówkę, pozwolił mu odjechać samemu jak ostatni głupiec. Ubrał się, wezwał sługę który pomógł mu zawiązać obi, zawiesił u pasa inro z kilkoma potrzebnymi drobiazgami i zbiegł na dół. Stracił kilka godzin i nie mógł sobie pozwolić na dalsze opóźnienie. Nie było czasu na zbieranie zapasów – to mógł zrobić już po dogonieniu shugenja. Zatknął za pas daisho, wskoczył na konia i ruszył w stronę bramy.

-Dokąd pojechał shugenja, którego gościłem? – zapytał strażnika.
-Na zachód, panie, drogą do Shiramatsu Mura.

Kubo spiął konia. Shugenja mówił o niebezpiecznej ścieżce, a górskie drogi na północnym zachodzie pasowały do tego opisu. Mając szybkiego konia i będąc dobrym jeźdźcem, można było do nich dotrzeć w pół dnia – a przemierzenie odludzia, jakim były tamte okolice, byłoby zapewne testem dla Kubo, mającym przekonać kami o tym, że był wart potomka. Wszak Pani Shinjo słynęła z tego, że poprowadziła swój klan tam, gdzie wcześniej nie dotarł żaden Rokugańczyk, a odkrycie nowych ścieżek, które można było wykorzystać, sprawiłoby, że spojrzałaby przychylniej na swojego krewnego.

Świtało, gdy wreszcie dotarł do wioski. Na szczęście okolica była często patrolowana ze względu na grasujących po pobliskich lasach rozbójników, więc żołnierze mogli widzieć, w którą stronę skierował się shugenja. Kubo zatrzymał konia, widząc zbliżający się patrol. Na jego widok, żołnierze zatrzymali się i skłonili głęboko.

-Czy przejeżdżał tędy młody Jednorożec na karym koniu?
-Tak, panie. – odparł dowódca. – Udał się traktem na południowy zachód, przez Wąwóz Spadających Liści. Właśnie wracamy ze strażnicy u wylotu wąwozu, możemy cię zapewnić że droga jest bezpieczna.

Kubo ruszył dalej. Jeżeli Karasu mówił o niebezpiecznej ścieżce, po której Kubo miał za nim podążyć, dlaczego pojechał inną drogą? Jaki był sens przepowiedni? Samuraj wahał się. Skręcić na północ, na górski szlak, czy na południe, do wąwozu? Podążać za krukiem czy wybrać niebezpieczną ścieżkę? Może nie chodziło o górski trakt?

Kruk miał go poprowadzić. Dlatego właśnie musiał dogonić shugenja i udowodnić mu, że pojął znaczenie przepowiedni. Przyspieszył, kierując się na południe.

Droga za wąwozem biegła prosto – shugenja mógł pojechać tylko w jedną stronę, więc Kubo nawet nie zatrzymywał konia, mijając kolejny patrol. Kiedy wyjechał z lasu na niewielkie wzniesienie, zobaczył jednak coś, co go zaniepokoiło.

W oddali, nad niewielkim sosnowym laskiem zasłaniającym biegnący równolegle trakt kłębiło się stado ptaków. Kubo zatrzymał się. Wszystko nabierało sensu. Ruszył przez porośnięte krzewami bezdroże, w stronę krążących kruków. Gdy dotarł do drogi, zrozumiał, co shugenja miał na myśli mówiąc o niebezpiecznej ścieżce.

Trzy zniszczone wozy, trzy martwe konie i siedmioro zamordowanych ludzi, w tym dwójka dzieci. Czego miał tutaj szukać? Okrążył zagajnik i nagle dostrzegł niewielką sylwetkę, która na jego widok rzuciła się do panicznej ucieczki.

-Zatrzymaj się! – krzyknął do chłopca, zsiadając z konia i wbiegając między drzewa. – Nie zrobię ci krzywdy!

Chłopiec biegł, ale szybko opadł z sił. Nie miał więcej niż osiem lat. Kubo chwycił go za ramiona.

-Powiedz mi, co się stało?

Chłopiec odwrócił wzrok i rozpłakał się.

-Napadli na nas bandyci… Tylko mi udało się uciec…
-Nie bój się. Wezmę cię do siebie, do zamku. Zaopiekuję się tobą.

W końcu zrozumiał. Wszystko. Musiał adoptować to dziecko, nawet jeżeli urodziło się w rodzinie heiminów. To była jego przyszłość. Tak mówiła przepowiednia i tak musiało się stać, mimo wszystko. Kami się nie myliły.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s