Burza – komentarz reżyserski

No, to historia postaci napisana w całości. Stwierdziłem jednak, że parę rzeczy muszę wyjaśnić dodatkowo, głównie ze względu na to, że nie było ich jak umieścić w głównej historii. Albo bym wtedy przynudzał, albo psuł narrację, albo niepotrzebnie powtarzał to, co jest w podręcznikach (bo np. przemaglowałem Way of the Unicorn z góry na dół, żeby wbrew wszechświatowi, MG i mojej drużynie tego Jednorożca zagrać DOBRZE), albo są to rzeczy w stylu przypisu do mało istotnego szczegółu w stylu „skąd ja to wziąłem” tudzież „a czemu tak a nie inaczej”.

Na dzień dobry, Iuchi Karasu. Jak się komuś chciało zajrzeć do podręcznika, to się okazuje, że z Karasu taki wróżbita jak z koziej dupy trąba, bo większość czarów ma stricte bojową. Na szczęście mam dobry wykręt, wspomniany explicite w tekście: „karasu” to po japońsku „kruk” (nawet takie anime jest, a jako że Japończycy zwykle krótkiego „u” nie wymawiają, to normalnymi literkami tytuł zapisują „KARAS”), co sprawiało, że przepowiednia miała dodatkowe zakręcenie. Tutaj ciekawostka: pytanie Karasu „A ty byś się bał, Shinjo-sama?” i jego ewentualne implikacje wyszły całkiem przypadkowo. Owszem, to może brzmieć jak sugestia, żeby Kubo za nim pojechał, ale wpadłem na to dopiero po opublikowaniu pierwszej części na blogu – i zostawiłem, bo czemu nie. W zestawieniu z tym, co stało się później, ma to sporo sensu. Oprócz tego, wykorzystałem częściowo oficjalną historię Karasu – po gempukku wymyślił sobie, że będzie się szlajał po całym Rokuganie, a jako że wyruszył z ziem Jednorożca, to mógł się zatrzymać w gościnie u takiego bardzo pomniejszego daimyo. Nikt nie podaje, kiedy się Karasu urodził, kompilatorzy L5RWiki wygrzebali tylko informację, że zmarł w 1133 i że miał dwójkę dzieci (o których WotU nie wspomina). Biorąc pod uwagę, że Karasu musiał w Krainach Cienia wpaść w jakąś maszynkę do mięsa i ma wadę Trwała Rana, to mogło mu się zemrzeć względnie młodo, a poza tym osiem lat na eksplorowanie Rokuganu, Krain Cienia i bycie składanym do kupy przez Kuni Yoriego to wystarczająco dużo czasu.

Nazwy geograficzne – tu przyjąłem podwójną konwencję. Miejscowości mają japońskie nazwy (chociaż pada tylko jedna, Shiramatsu Mura czyli „Wioska Białych Sosen”), ale już góry, doliny i rzeki mają nazwy polskie, tylko według japońskiego schematu (żeby nie mieszać, czy Kuro-ba no Sousu to wieś, czy „tylko” źródło – już wystarczy, że oryginalne nazwy rokugańskich miejscowości są przegięte, takie np. Toshi Ranbo wo Shien Shite Reigisaho, czyli „Miasto Przemocy za Uprzejmością”). Oczywiście zmyślałem do woli – bohater jest synem takiego daimyo, co to ma wszystkiego cztery wiochy i kawałek traktu. Takie rzeczy to cesarscy kartografowie odnotowują tylko z obowiązku, chyba że w okolicy pędzi się solidnie ryjące beret shochu albo jest dom z fajnymi gejszami.

Bliźniaki, czyli Hani (wachlarz) i Kasa (parasolka), to kolejny szczegół, który każdemu by umknął, bo jest nieistotny. Jak to jest z imionami dzieci w dawnej Japonii, to niektórzy wiedzą – przed gempukku ma jedno, mało finezyjne i czasem ośmieszające, a na gempukku wybiera sobie jakieś bardziej kozackie. Dlatego właśnie chłopak wybierze sobie imię Hayate (huragan), a dziewczyna Ame (deszcz). Będzie do kompletu dla Leibao (co po chińsku znaczy „burza z piorunami”, a Japończyk te same krzaki przeczyta „siła gromu”).

Doji Shogo jest bucem. I udowadnia to. Pojechał Leibao z wyższości moralnej, że oto on jest arystokratyczny Żuraw, na którym kimono dobrze leży już od kilkunastu pokoleń, a Leibao jest nuworysz. Ale Leibao nie jest w ciemię bity – ma coś, czego samurajom zwykle brakuje, czyli zdrowy chłopski rozum. Jasne, mógłby się porwać na ochroniarza Shogo, który jest roninem Akodo, ale dużo by nie zrobił. Obrażać też się nie da. Dać Shogo w pysk – to by było efektowne, ale obciachowe dla obydwu. To trochę nim pograł – rzecz mało honorowa, ale to są Jednorożce. Tam obowiązują trochę inne reguły pojedynku (WotU, s. 28, sidebar), więc Leibao najpierw postraszył chłoptasia, a potem skutecznie spacyfikował go bambusowym wiechciem. W momencie, w którym Shogo już leżał, Leibao uznał, że sprawa jest załatwiona i nawet był miły.

Bayushi Gendo z kolei pokazał mu, że z takim pogrywaniem trzeba uważać, bo można się potknąć o to, co się powiedziało. I stąd postanowił naszego chłopka-roztropka orżnąć w go, wiedząc że wygra. Wygrał, ale się przy tym napocił (w końcu grali całą noc, aż Leibao złapał zmuła). Oczywiście przy okazji zaczął zbierać teczkę na niego, bez jakiegoś przesadnego naciskania, ale wszyscy wiemy jakie są Skorpiony. Problem w tym, że sztuczki Skorpionów nie zawsze działają na Jednorożce.

W końcu ostatnia ważna rzecz, czyli Onibara. Demonem nie jest, zaledwie fenomenem kulturowym. Jednocześnie może po Rokuganie dwudziestu takich łazić (przy czym płeć jest nieważna, skoro mamy girl power, równouprawnienie, Matsu i Otaku),  i każdy będzie twierdził, że jest tym prawdziwym, a jak dwóch się spotka, to się nawzajem zarżną. Oczywiście jak „prawdziwy” Onibara zarzyna „naśladowcę”, to z premedytacją obcina mu głowę i ręce. Poza tym, oprócz charakterystycznego tatuażu, każdy Onibara nosi wściekle czerwone kimono. Cała chryja zaczęła się w bliżej niesprecyzowanych okolicznościach pi razy oko piętnaście-dwadzieścia lat temu – ot, pojawił się jeden, potem zniknął, pojawił się drugi, ten pierwszy pojawił się znowu i obciął drugiemu ręce i głowę za karę, a potem to już jakoś tak samo się zaczęło kręcić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s