Shane

W dzisiejszym odcinku kolejna historia postaci. Tym razem, Irraka Mistrzów Żelaza, Shane Craven, vel Atakujący-z-Cienia, vel Spadający z Dachu. Cytaty z „Shadow on the Sun” Audioslave głównie dlatego, że pierwsza scena skojarzyła mi się z trailerem World In Conflict, gdzie za tło muzyczne robił właśnie ten kawałek.

Shane Craven

„Once upon a time
I was of the mind
To lay your burden down…”
Śmigła Chinooka mieliły powietrze. W otwartym tylnym luku było widać jedynie ciemność – okoliczne wzgórza były niemal niezamieszkałe, a Talibowie nawet ze zdobycznymi noktowizorami woleli kryć się w jaskiniach, zamiast próbować strącić każdy amerykański śmigłowiec patrolujący okolicę. Shane mimo wszystko wyglądał na zewnątrz, opierając karabin na kolanach, i wydawało mu się, że pomimo bezksiężycowej nocy było podejrzanie jasno.
-Wszystko ustalone? – zapytał nagle sierżant Baird. – Drużyna Bravo wyskakuje pierwsza i obstawia to górne wyjście, o którym mówił raport. Alpha razem ze mną wchodzi przodem, Charlie pilnuje wejścia i w razie czego wchodzi jako wsparcie.
-Tak jest. – stwierdzili niemal chórem Santiago, Rogers i Kellerman.
-No. – Baird skinął głową, zadowolony. – Za ile lądujemy?!
-Trzy minuty! – odkrzyknął pilot.
-Sprawdzić sprzęt. Możemy się wysypać prosto pod ich lufy, więc postarajcie się głupio nie zginąć. – rzucił kapral Santiago. – Craven, nie śpij!
-Nie śpię. – odburknął Shane, uniósł karabin i spojrzał przez kolimator na uciekający krajobraz. Wcisnął przełącznik i przeładował broń.
-To świetnie, bo idziesz na szpicy.
Ziemia zaczęła się zbliżać. Helikopter zwolnił na tyle, by można było bezpiecznie z niego wyskoczyć. Shane wstał i podszedł do otwartego luku. Opuścił noktowizor na oczy i włączył go.
-Jazda, jazda, jazda! – ponaglił Santiago.
Wysoka trawa zaszeleściła o podwozie helikoptera tuż przed tym, jak Shane zeskoczył na ziemię i przetoczył się, tracąc równowagę. Natychmiast wstał, sięgając po granat błyskowy, i zbliżył się do dziury w ziemi. Była nie większa od typowej studzienki ściekowej i zaopatrzona w zbitą z drewna drabinę. Shane podniósł z ziemi kamień wielkości pięści, wyciągnął zawleczkę z granatu i upuścił kamień do dziury. Gdy tylko stuknął o kamienną posadzkę, w ślad za nim poleciał ciśnięty z całej siły granat.
W chwilę po wybuchu, od strony stóp wzgórza, gdzie zdesantowały się dwie pozostałe drużyny, dało się słyszeć pierwsze strzały. Shane starał się jak najszybciej zejść na dół, reszta drużyny za nim.

„Leave you where you stood
And you believed I could
You’d seen it done before…”
Kaemista, Boyd, szedł tuż za nim. Jakimś cudem, obładowany całym wojskowym sprzętem i ważącym dziewięć kilo karabinem, nie hałasował na tyle, by zwrócić na siebie uwagę przeciwnika. Shane zatrzymał się przy odnodze korytarza i przykucnął. Boyd ostrożnie wychylił się obok niego.
-Czysto. – szepnął. A potem zaklął.
Noktowizor nagle zgasł. Shane zaklął, sięgnął po lightsticka i przełamał go o osłonę spustu. Zanim chemikalia zareagowały, rzucił światło przed siebie i wszedł w korytarz. Poczuł się, jakby ktoś oblał go lodowatą wodą. Shane odchylił noktowizor, próbując dostrzec cokolwiek w słabym, zielonkawym świetle.
-O kurwa.
Prawie bezgłośnie, po skalnej posadzce pędziło stado szczurów. Sprawiały wrażenie dużych i głodnych. Shane obrócił selektor ognia w prawo.
Strzelał krótkimi seriami, szczury niemal rozbryzgiwały się pod naporem pocisków. Zastanawiał się, dlaczego Boyd nie wspiera go ogniem – jeden magazynek na pewno nie wystarczyłby na całą tę hordę, ale salwa z M249 na pewno byłaby pomocna. Zdesperowany, sięgnął po granat.
-Odłamkowy, poszedł! – granat odbił się od grzbietów szarżujących gryzoni, a Shane odwrócił się, wyciągając rękę żeby zepchnąć Boyda za załom korytarza.
Trafił w pustkę. Boyd rozpłynął się w powietrzu. Shane zacisnął zęby i wetknął palce do uszu, próbując deptać i kopać nadbiegające szczury. Granat eksplodował, niszcząc lightsticka i rozbryzgując kawałki futra po okolicznych ścianach. Shane sięgnął po kolejnego lightsticka i ruszył w przeciwną stronę, trzymając plastikowe światło pod przednim chwytem karabinu. Może i było go widać, ale przynajmniej nie potykał się o skały pod nogami.
Jeden zakręt. Drugi. Arabskie graffiti na ścianie. Trzeci zakręt…
Do Shane’a nagle dotarł charakterystyczny terkot RPK. Wokół rykoszetowały pociski. W niemal ciągłym świetle ognia z lufy, Shane dostrzegł trzech mężczyzn w turbanach. Jeden kucał tuż przed nim, dwóch stało obok, składając się do strzału.
RPK umilkł, kiedy Shane „dyskretnie zasugerował” jego operatorowi wstrzymanie ognia kopniakiem w głowę. Dwóch kolejnych padło od kul.
-Wstrzymać ogień! – wrzasnął Shane. O kilka sekund za późno.
Krótka seria przewróciła go na plecy. Lightstick potoczył się po kamieniach. Shane próbował nabrać powietrza…
-Mamy rannego! – krzyknął sierżant Baird, dopadając do rannego Shane’a.
-Jak cholera… – warknął Shane, krzywiąc się z bólu.
-Nie ruszaj się.
-Craven?! Gdzie ty się podziewasz, do cholery?! – zaszczekał w radiu Santiago. – Melduj się!
-Jestem przy wejściu, z sierżantem Bairdem i drużyną Charlie. – jęknął do radia Shane. – Dostałem, szczęściem większość poszła w kamizelkę…Auuu!

„I could read your thoughts
Tell you what you saw
And never say a word…”
-Ale to jakaś bzdura! Czuję się dobrze, nie mam żadnych cholernych halucynacji! – Shane rzucił się na szpitalnym łóżku. – Napisałem co widziałem. Najpierw zdechł mi noktowizor, potem Boyd gdzieś zniknął, a potem zaatakowało mnie stado szczurów, które rozpędziłem granatem.
-To ciekawe… – Baird skinął głową. – Bo Boyd twierdzi, że kiedy jego noktowizor przestał działać, zniknąłeś. Szukał cię w tym korytarzu, w którym podobno rzuciłeś granat, ale w dzień posłaliśmy tam kolejny patrol i nie znaleźli ani szczurów, ani śladów detonacji, ani łusek, które podobno wystrzeliłeś. Tak samo zupełnie nie rozumiem, skąd wziąłeś się przy wejściu i dlaczego ogłuszyłeś tego szmaciarza kolbą, zamiast po prostu go zastrzelić stojąc kilka metrów dalej?
-O Boże… – westchnął Shane i ukrył twarz w dłoniach. – Niech będzie, sierżancie. Możecie mnie odesłać do kraju, i tak przez parę tygodni nie pobiegam.

„Now all that is gone
Over with and done
Never to return…”
Shane odstawił kule i ciężko usiadł na krześle. Przez dziewięć miesięcy w Afganistanie nie ruszyło go nic. Ani groźba władowania się na dwieście funtów trotylu w przydrożnym rowie, ani pociski z moździerzy spadające od czasu do czasu na bazę, ani wszelkiego rodzaju uzbrojone typy strzelające do wszystkiego, co nosiło amerykański mundur. Aż do nocnego rajdu na jaskinie. W jego wersję nikt nie wierzył, sierżant Baird niedwuznacznie sugerował, że Shane zwariował, a potem zaczęły się dziać rzeczy jeszcze dziwniejsze.
Najpierw wielki wilczur w parku, który tak się do niego łasił, że aż go przewrócił. Potem to uczucie, że ktoś go obserwował – dziwna staruszka pod synagogą, murzyn w metrze, pasażer limuzyny na pasach w centrum. A teraz ten koszmar z ręką zamieniającą się w owłosione szpony. Tylko dlaczego na materacu zostały ślady pazurów? Chyba trzeba było wyciągnąć od Biura Spraw Weteranów skierowanie do psychologa.
Wejście do gabinetu sprawiło mu sporo trudności. Nogi bolały, kiedy próbował na nich ustać – kości na szczęście były całe, ale rany postrzałowe nie goiły się zbyt szybko.
-Pana nazwisko? – chłopak przy komputerze uniósł wzrok.
-Specjalista Shane Craven, Pierwszy Batalion, 325. Regiment Spadochronowy, 82. Dywizja Powietrzno-Desantowa.
-Proszę usiąść, panie Craven. W czym mogę pomóc.
Shane westchnął.
-Potrzebuję… pomocy psychologicznej. Podobno armia refunduje koszty terapii, więc chciałem się dowiedzieć…
-Ach, tak. – chłopak sięgnął po notes, otworzył na komputerze jakiś dokument i przepisał z niego adres i numer telefonu. – Doktor Juliet Sorenson. Umówi się pan z nią na wizytę, proszę tylko wypełnić wniosek o refundację…

“And I can tell you why
people die alone
I can tell you I’m
A shadow on the sun…”
-Dzień dobry, nazywam się Craven. Byłem umówiony z doktor Sorenson. – Shane nachylił się nad siedzącą przy biurku recepcjonistką.
-Pan Craven… – paniusia zerknęła na leżący przed nią terminarz. – A, tak. Może pan wejść.
Doktor Sorenson, trzydziestokilkuletnia blondynka, uniosła wzrok znad notatnika.
-Witam, panie Craven. – uśmiechnęła się, odłożyła notatnik i podeszła do Shane’a.
Delikatnie uścisnął jej dłoń. Miał wrażenie, że skądś ją zna.
-Proszę usiąść. – zamknęła za nim drzwi. – Mogę do pana mówić „Shane”?
-Nie ma problemu. Mogę do pani mówić „doc”? – mruknął, odstawiając kule.
Roześmiała się.
-Jasne, skoro chcesz… – podeszła do biurka, ponownie wzięła notatnik i usiadła na fotelu obok. – Więc powiedz mi, co cię do mnie sprowadza?
-Chyba wariuję. – wypalił Shane. – Mam wrażenie, jakby ludzie mnie obserwowali, i to… po coś.
-Jacyś… specyficzni ludzie? Arabowie, afroamerykanie, latynosi…?
-Nie, nie… Raczej… przypadkowi. Raz jakaś staruszka, innym razem chłopak na motorze… Nie mieli ze sobą nic wspólnego.
-Może tylko ci się tak wydaje. Czasami ludzie tak reagują na… odmienne osoby.
-Odmienne?
-Chodzisz o kulach, to przyciąga ich uwagę. Jeśli masz na sobie mundur, też. To normalne.
-No dobra… – westchnął. – Ale to dopiero początek. Czasami mam wrażenie, jakby obserwował mnie ktoś… niewidzialny. Ukryty.
-Shane, to normalne. Jesteś żołnierzem, przyzwyczajonym do wypatrywania zagrożeń. To nic strasznego, tylko stres.
-Tylko stres, jasne, cholera… Jesteś psychologiem i pewnie nie takie rzeczy już słyszałaś, ale w Afganistanie przydarzyło mi się coś, czego dotąd nie mogę wytłumaczyć. Na jednej z misji nagle gdzieś zniknął mój partner z oddziału, a mnie zaczęła gonić chmara szczurów. Mnóstwo tego cholerstwa. Strzelałem, rzucałem granatami, ale ich wychodziło coraz więcej…
-Szczurów? – doktor Sorenson uniosła brwi, tak jakby to był jakiś ważny szczegół.
-Mhm. I to sporych. Musiałem się stamtąd wynosić, aż w końcu władowałem się pod ostrzał własnej dru…
Przerwał nagle i rozejrzał się wokół. Wydawało mu się, że usłyszał czyjś szept. Jedno słowo, powtórzone kilka razy.
-Co się stało?
-Nic. Chyba. Albo jest gorzej niż myślałem. Chyba właśnie usłyszałem jakiś szept.
-Szept? Hm. A co mówił?
-Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, ale… „Betsy Lou”?
Reakcja kobiety zaskoczyła go. Zamiast uśmiechnąć się lub spytać, czy nie słuchał ostatnio za dużo muzyki country, spochmurniała. Albo odwalała mu naprawdę ciężka korba, albo…
-To miało coś znaczyć? – spytał. – Czy uznajesz, że zmyślam?
-Nie, nie… Mów dalej.
-No dobra. Szczury to jedno, a to, że mam ostatnio koszmary, to druga sprawa. Śni mi się, że w coś się… zmieniam. Jakieś zwierzę. A kiedy się budzę, mam wrażenie jakby to… to się działo naprawdę. Jakimś cudem podarłem przez sen podkoszulkę i materac.
-Zwierzę? To rzeczywiście brzmi dziwnie. Ale daje się wytłumaczyć.
-Jak?!
-Stres, bezczynność, wyrwanie z otoczenia do którego jesteś przyzwyczajony… Potrzebujesz czasu.
-Żeby się „dostosować”? Tak się to teraz nazywa?
-Musisz się przyzwyczaić do zmian w swoim życiu. Może znaleźć jakieś zajęcie, hobby… Wychodzić więcej. Rozumiem, że w twoim stanie to trudne, ale…
-Pewnie… – mruknął Shane. – Najpierw tydzień czekałem, aż wpakują mnie w samolot i odstawią do kraju. Od dwóch tygodni chodzę o kulach. Ledwie wytrzymuję. Przydarzyło mi się jakieś chore gówno, w które nikt nie wierzy. Czuję że mi odbija. Jak ja do cholery mam się „przyzwyczaić” do takich gównianych warunków?! Wyjaśnij mi to, doktorko.
Sięgnął po kule.
-Rozumiem cię lepiej, niż ci się wydaje, Shane. I zapewniam cię, to wszystko wkrótce minie. Uspokoisz się, zrozumiesz… pewne rzeczy, zaakceptujesz zmiany. Jeśli chcesz, możemy kontynuować rozmowę za tydzień.
-Marne szanse. – burknął i skierował się do wyjścia. – Nie mam czasu na bzdury. Nie trzeba mnie głaskać i wmawiać, że wszystko jest w porządku.
-No cóż, nie będę cię zmuszać. Ale na pewno wrócisz.

„Staring at the loss
Looking for the cause
And never really sure…”
Wracanie do domu późną nocą było niebezpieczne, szczególnie w Chicago. W dodatku Shane miał wrażenie, jakby gdzieś skręcił w niewłaściwą stronę – okolica nie wyglądała znajomo, mimo że powinien był być niedaleko domu. W dodatku zaczęło padać.
-Ej, kaleko… – z uliczki wychylił się młody Latynos. – Wyskakuj z kasy.
Shane miał wrażenie, jakby okoliczne latarnie nagle pociemniały. Usłyszał za sobą kroki.
-Jesteś głuchy, pendejo? Dawaj kurwa portfel!
Ktoś popchnął go na ziemię. Kule z trzaskiem upadły obok. Zdążył jeszcze zasłonić głowę, zanim Latynos zaczął go kopać.
Ktoś grzebał mu w kieszeni. A on nawet nie mógł się obronić. Poniżony. Pokonany. Przechytrzony przez dwóch ulicznych gnojków. W dodatku zdawało mu się, że słyszy narastające brzęczenie. A potem okoliczne latarnie nagle zgasły.
Resztę pamiętał jak przez mgłę. Zerwał się z ziemi. Zamachnął. Trzask pękającego materiału. Plecy uciekającego chłopaka. Wyskok na kilka metrów w górę i lądowanie na plecach ofiary. Jego głos, a raczej zwierzęcy warkot. Przeraźliwy krzyk. Trzeba wiać. Znowu wyskok w górę. Na barierkę schodów przeciwpożarowych. A potem na dach. Czarne niebo. Skok z krawędzi dachu i lądowanie w kolejnej uliczce. Zawroty głowy. Kilka kroków. Jeszcze jeden skok. Schody przeciwpożarowe trzeszczące pod ciężarem. Żwir na dachu. Czarne niebo.

„Nothing but a hole
To live without a soul
And nothing to be learned…”
Obdrapana piętrowa prycza wyglądała znajomo. Government Issue. Niestety, leżenie na wojskowej pryczy nie pasowało do tego, co Shane pamiętał sprzed przebudzenia.
-Wszystko w porządku?
Obrócił głowę.
-Co tu robisz, doc?
-Mówiłam ci, że znowu się spotkamy. Dobrze, że wiedziałam gdzie cię szukać. To też ci się przyda.
Rzuciła mu portfel.
-Dobra. Mogę wiedzieć, co mi się kurwa stało?! – zerwał się z pryczy i rozejrzał wokół.
-Odnalazłeś siebie.
Pomieszczenie było prawdopodobnie noclegownią na parterze typowego budynku. Juliet wstała z krzesła i odsunęła je bliżej pryczy.
-Znowu te psychologiczne pierdoły?
-Nie, Shane. Kiedy mówiłam ci, że cię rozumiem, nie żartowałam. Też przez to przechodziłam… No, w moim przypadku to było trochę inne, ale kiedy nagle pojmujesz, że nie należysz całkowicie do tego świata, to zrozumiałe, że jesteś… oszołomiony. Jesteśmy Uratha, strażnikami równowagi. Wędrujemy po cienkiej granicy między tym światem, a światem duchów.
-Przepraszam, ale co, kurwa?! – Shane wyglądał, jakby miał do czynienia z wariatką.
-Afganistan, miesiąc temu. Pamiętasz szczury? I to, że twój kolega z oddziału zniknął? Wszedłeś wtedy do świata duchów. A potem się z niego wymknąłeś.
-A ja myślałem, że to mi odbija.
-Twoje nogi. Godzinę temu nie mogłeś na nich ustać. A potem dogoniłeś bardzo szybkiego oprycha uciekającego z twoim portfelem. Wyskoczyłeś na dziesięć stóp w górę i przygniotłeś go do ziemi. Będzie się długo zastanawiał, co widział.
-O co tu chodzi? Armia zrobiła ze mnie królika doświadczalnego?
-Nie. To jest większe niż Armia. Tu nie chodzi o ciebie, ani o Afganistan, ani o dzisiejszy wieczór. Pamiętasz, co mówiłeś o tych koszmarach ze zmienianiem się w zwierzę? Po prostu twoja podświadomość zaczęła rozumieć, czym naprawdę jesteś.
-Więc powiedz mi… – warknął Shane, nachylając się, a jego twarz przybrała zwierzęcy wyraz. – …kim są Uratha?

“And I can tell you why
People go insane
I can show you how
You could do the same…”

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s