Jak się MG we mgle zgubił

Nie lubię odgrzewanych kotletów. A Ryjek niestety uraczył nas ostatnio takim właśnie odgrzewanym kotletem – wygrzebał motyw z jednej starej przygody do Wampira: Maskarady, przeszczepił go do Wolsunga, i to mało udatnie, pozmieniał parę szczegółów i uznał, że jakoś to zadziała. Nie zadziałało.

Zaczęło się od szybko zarzuconych wątków: nowo odkrytego grobowca rycerza z Zakonu Kielicha, elitarnego bractwa studenckiego w stylu znanych z popkultury Skull & Bones, jeszcze bardziej elitarnego klubu kandydatów na tajnych agentów Jej Królewskiej Mości, małomównych skrytobójców, tajemniczego wotańskiego oficera, a wszystko po to, żebyśmy pojechali do nudnej wsi nad morzem (ang. Boring-on-Sea, jaką to nazwę dostała ode mnie wiocha), i tam władowali się we mgłę. A wszystko to (włącznie z zarzuconymi wątkami) tylko po to, żebyśmy uratowali córkę pewnego przedsiębiorcy.

Będę szczery: lubię, jak się poszczególne elementy fabuły trzymają kupy. Nie muszą być oryginalne, w końcu, jak to mówią, Tropes Are Not Bad – po znanym motywie można się spodziewać, że poprowadzi nas dalej, i nie będziemy musieli pytać „How do I shoot web”. Ale nie – zamiast tego musieliśmy się odbijać od jednego olanego wątku do drugiego, żeby jeszcze gadać z mało ważnymi dla fabuły ulubionymi NPCtami Ryjka. Dlatego może w punktach przedstawię, co było nie tak w tej przygodzie.

Grobowiec Rycerza

Zakon Kielicha to tacy wolsungowi Templariusze. Jeśli spodziewacie się spisków, tajnych rytuałów i ukrytych skarbów, dobrze trafiliście. Kiedy jeszcze znika NPC, który z rzeczonym grobowcem miał styczność, tym bardziej wiadomo, że na coś ciekawego trafił. Zwłaszcza jeśli dodatkowo się okazuje, że od grobowca odchodzą podziemne korytarze prowadzące nie wiadomo gdzie, a zniknięcie NPCta zostało zatuszowane jako nagły zawał jednego z korytarzy. No, chyba że u Ryjka. Wtedy fakt odkrycia nieznanego dotąd grobowca templariusza sprzed sześciu wieków, którego zupełnie nikt nie spodziewał się znaleźć w pokłóconym wtedy z resztą Wanadii Alfheimie, to takie tam mało istotne popierdółki.

Tajne Bractwo Studenckie

Anglosaskie uniwersytety mają długą historię bractw i korporacji studenckich, szerzej nieznaną w naszej tradycji akademickiej, a niektóre bractwa – jak wyżej wspomniane Skull & Bones – wiązane są ze spiskami, tajnymi rytuałami i elitami władzy, finansjery i przemysłu. Kiedy jeszcze rzeczone bractwo maczało palce w zaginięciu jedynej nie należącej do niego uczestniczki badań nowo odkrytego grobowca sprzed wieków, to wiadomo, że na coś ciekawego trafiliśmy. No, chyba że u Ryjka. Wtedy fakt, że taki związek istnieje, a członkowie bractwa kryją się nawzajem, to takie tam mało istotne popierdółki.

Klub Kandydatów Na Tajnych Agentów

Mamy kumulację! Oto po włamaniu się do pokoju zaginionej córki przemysłowca odkryliśmy w nim skrzynię ze standardowym wyposażeniem łowcy wampirów, zombie, ghuli i innych takich gówien. Wyposażenie było nieco zdekompletowane, stąd wniosek, że zaginiona władowała się w jakiś monstrualny pasztet. Kiedy jeszcze dodamy do tego nowo odkryty grobowiec sprzed wieków i tajne bractwo studenckie próbujące zatuszować zaginięcie członkini Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów w tymże grobowcu, że to wcale nie ich wina, to już w ogóle materiał na książkę Dana Browna albo luźno trzymający się faktów historycznych hollywoodzki film. No, chyba że u Ryjka. Wtedy przynależność do Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów jest tylko wymówką dla konieczności rozmowy z blondwłosym elfim Gary Stu o mechanicznej ręce. Który tak całkiem przypadkowo jest jakimś-tam oficerem, ma kontakty w odpowiednich kręgach i takie tam.

Małomówni Skrytobójcy

Kiedy się okazuje, że zaginiona i jej kolega z uniwersyteckiej ławy należeli do Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów, nagle do gry wkraczają Małomówni Skrytobójcy. Małomówni, bo nie są w stanie wygenerować paszczowo żadnego zrozumiałego odgłosu – brak języka i takie tam. Toteż, aby coś z takiego złapanego Małomównego Skrytobójcy wydusić, Aleister Szandor Damien Egregius Heterodyne, INŻYNIER, musiał mu podłączyć projektor do mózgu. W takiej sytuacji, i w związku z nowo odkrytym grobowcem sprzed wieków oraz tajnym bractwem studenckim próbującym zatuszować zaginięcie członkini Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów, takie paniczne sprzątanie świadków oznacza, że hollywoodzki film ze Skarbu Narodów zaczyna nam przechodzić w ciężki szpiegowski thriller. No, chyba że u Ryjka. Wtedy podłączenie projektora do mózgu Małomównego Skrytobójcy owocuje tylko jednym konkretnym tropem, a mianowicie Ribbentropem. Ponieważ Małomównych Skrytobójców wynajął smutny pan w mundurze Nieumarłej Rzeszy, a transakcja miała miejsce w starym podziemnym akwedukcie.

Smutny Pan W Mundurze Nieumarłej Rzeszy

Po rozmowie z panem profesorem archeologii, mającej na celu wpuszczenie nas do nowo odkrytego grobowca sprzed wieków, co jest nadzwyczaj trudne mimo posiadania archeologa w drużynie oraz argumentacji Aleistera Szandora Damiena Egregiusa Heterodyne’a, INŻYNIERA, że może on, na ten przykład, skonstruować georadar albo kombajn do usuwania zawałów w podziemnych korytarzach bez użycia dynamitu, nasza drużyna jedzie na dupach, bo jest wesoła. Jazda na dupach zaczyna się przy zawale, a kończy poziom niżej, w surowych skalnych tunelach, w których nie odnajdujemy ani skarbów templariuszy, ani niczego interesującego dla tajnego bractwa studenckiego, nie chcą nas nawet śledzić Małomówni Skrytobójcy, natomiast na chwilę pojawia się i znika gdzieś w oddali członek Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów. Po czym idziemy się przepychać ze stadem zombie wykonanych z lokalnych wieśniaków, oraz Smutnym Panem W Mundurze Nieumarłej Rzeszy. Smutny Pan W Mundurze Nieumarłej Rzeszy i jego zombiaki pilnują ukrytego w podziemnych tunelach urządzenia do zbierania many, mało zgodnego z fluffem, ale chuj tam. Likwidujemy zombiaki, wyłączamy urządzenie do zbierania many i biegniemy za Smutnym Panem W Mundurze Nieumarłej Rzeszy. Okazuje się, że tajne wyjście z klapką prowadzi na cmentarz kilka kilometrów od nowo odkrytego grobowca sprzed wieków, a Smutny Pan W Mundurze Nieumarłej Rzeszy chce przed nami spierdalać karawanem. Sam pościg mechanicznie leży und kwiczy, albowiem wychodziłoby, że w trudnym terenie pt. cmentarz Smutny Pan W Mundurze Nieumarłej Rzeszy nie ma żadnych bonusów jadąc karawanem, a my na nogach wprost przeciwpołożnie. A tak nie jest. Na szczęście jednak, nasza fantastyczna czwórka rutynowo wyczynia EPICKE GUWNO, i tak jest również tym razem. Pani archeolog, przyzwyczajona do jeżdżenia motocyklem, porywa karawan i brawurowo jedzie nim na dwóch kołach, INŻYNIER wzywa swój sportowy samochód, rażąco nadużywając mocy Kontrola Maszyn (no co, dobre wejście, nic o nim nie wiecie), po czym Smutny Pan W Mundurze Nieumarłej Rzeszy zostaje wpakowany w mocno nietypowy Rolling Box (ponieważ normalnie Rolling Box wymaga czterech samochodów, a my mieliśmy dwa), i przytrzaśnięty między INŻYNIEREM celującym do niego z wielkiego rewolweru, a karawanem przygniatającym prawe pół jego środka lokomocji. Nawet bez udziału tajnego bractwa studenckiego, Małomówni Skrytobójcy likwidujący członków Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów z polecenia Smutnego Pana W Mundurze Nieumarłej Rzeszy rezydującego w pobliżu nowo odkrytego grobowca sprzed wieków oznaczają ciężki szpiegowski thriller, może nawet z elementami paranormalnymi, bo cholera tych templariuszy wie, co oni wieczorami wyczyniali. No, chyba że u Ryjka. Wtedy Smutny Pan W Mundurze Nieumarłej Rzeszy nie chce z nami gadać i musimy znowu iść do Gary Stu z mechaniczną ręką, wędrującą w okolice okolic wstydliwych naszej socialite czyli wesołej wdówki, by dowiedzieć się, iż zaginiona członkini Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów miała się skontaktować z Hrabiną von Drabiną, imigrantką z Wotanii, podobno nekromantką ale nikt nie chce tego potwierdzić.

Hrabina von Drabina

Hrabina von Drabina urządza dwa razy do roku bal, na którym dzieją się podobno ciekawe, ale bliżej niesprecyzowane rzeczy, ale zaprasza tylko osoby odpowiednio ustawione, toteż dzięki dojściom Gary Stu z mechaniczną ręką nasza wesoła wdówka dostaje wejściówkę, i tak oto nasz tercet egzotyczny kombinując z zaproszeniami dla osób towarzyszących przybywa na bal w towarzystwie Gary Stu. Wydawałoby się, że mając do czynienia z zaginięciem członkini Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów, w które umoczony jest Smutny Pan W Mundurze Nieumarłej Rzeszy, zaproszenie na bal do Hrabiny von Drabiny, podobno nekromantki ale nikt nie chce tego potwierdzić, skończyłoby się orgietką i Czarnym Sabatem, który oczywiście udaremniłby Gary Stu, a nasz tercet egzotyczny pomagałby mu opędzać się od kultystów, zombiaków, ghuli i innych takich gówien. Szczególnie że Hrabina von Drabina ma wojskową przeszłość i cerbera. No, chyba że u Ryjka. Wtedy nasz tercet egzotyczny, po zdecydowanej dyskusji z Hrabiną von Drabiną uzupełnionej prezentacją magicznych sztuczek w wykonaniu tejże (a dokładniej zmianą pogody na bardziej adekwatną do tematu rozmowy, czyli grom z jasnego nieba, wicher i wycie wilków z pobliskiego lasu), dowiaduje się, że zaginiona członkini Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów pojechała tropić Smutnych Panów W Mundurach Nieumarłej Rzeszy w jakiejś pipidówie nad morzem.

I to jest dopiero gówno.

Boring-on-Sea, Pipidówa Nad Morzem

It’s official, Smutnych Panów W Mundurach Nieumarłej Rzeszy, Małomównych Skrytobójców, tajne bractwo studenckie i nowo odkryty grobowiec sprzed wieków można olać (zwłaszcza grobowiec), bo oto się okazuje, że w Boring-on-Sea, czyli nudnej pipidówie nad morzem, jest akurat sezon na skurwiałą pogodę i snujących się jak kukły autochtonów. A to u Ryjka oznaczało ostatnim razem opętane przez demona dziewczynki, którym nie uradzi nawet rozjechanie śmieciarką przez wampiryczną mistrzynię kierownicy. Throw your hands up, call bullshit. Jakby tego było mało, jeden z autochtonów zostaje wciągnięty przez coś we mgle, i to tak skutecznie, że zostaje po nim tylko kapelusz. Gdybym Ryjkowi nie uświadomił, że niegdyś funkcjonował zwyczaj podpisywania tak kosztownych elementów garderoby jak kapelusze i płaszcze (a przynajmniej tak mi się wydawało), to chodzilibyśmy z tym kapeluszem od drzwi do drzwi jak dziady proszalne, szukając tubylców kontaktujących na tyle, żeby łaskawie powiedzieli nam, kto jest właścicielem. Zamiast tego od razu doszliśmy, że mamy do czynienia z ojcem Dziewczynki Z Potworem, a mężem Wariatki Z Poddasza.

Dziewczynka Z Potworem

Ostatnim razem, Dziewczynka Z Potworem okazała się być źródłem całego tego burdelu z gównianą pogodą, ogłupiałymi tubylcami, etcetera, etcetera. Tym razem jednak nie byliśmy praktyczni i nie uziemiliśmy jej od razu – zamiast tego udało się nam z niej wyciągnąć, że Potwór chroni ją i jej dom, przez co jeszcze nie zgłupiała, za to jej mamusia jest Wariatką Z Poddasza i rzuca się na wszystko und wszystkich, przez co siedzi na zabitym dechami poddaszu i lepiej jej stamtąd nie wypuszczać. Dodatkowo, w salonie znajdujemy jeszcze magiczny talizman, całkowicie niezależny od Potwora. Dziewczynka Z Potworem jako mesjasz czy inne Złote Dziecko oraz Wariatka Z Poddasza jako jedyna nietypowo reagująca na mgłę działającą na resztę mieszkańców jak reality TV oznaczałyby dwa warte zbadania przypadki dla kogokolwiek znającego się na tej czy innej formie magii tudzież dysponującego teoretyczną wiedzą okultystyczną, jak INŻYNIER, ork detektyw albo tymczasowo nieobecna pani archeolog. No, chyba że u Ryjka. Wtedy są to tylko dwaj NPCe różni od otępiałego stada, które nawet nie chce podrygiwać i się kiwać.

Talizman Spod Fotela

Więc właśnie, znaleźliśmy oprócz Dziewczynki Z Potworem również Talizman Spod Fotela. Talizman Spod Fotela jest najwidoczniej Made in China, albo udatnie podrobiony w kraju, co w czasach wiktoriańskich lub około tego ma więcej sensu niż obecnie. Się okazuje, zmajstrowała go Lokalna Wiedźma, mieszkająca na wrzosowisku za miastem, co udało się nam wyciągnąć z jeszcze kumatego lokalnego doktora. Lokalny doktor ponoć kiedyś kręcił z Lokalną Wiedźmą, z przyczyn bliżej nieznanych, ale jedna rzecz bardzo istotna, Lokalna Wiedźma jak na swój zaawansowany ludzki wiek trzyma się aż za dobrze. Co by oznaczało, że jej wiedźmowanie to całkiem wysoka magia, albo babsko jest bardziej podejrzane niż upierdolony okruchami grubas w sprawie kradzieży ciastek. No, chyba że u Ryjka. Wtedy Lokalna Wiedźma jest w stanie napierdalać Talizmany Spod Fotela dziesiątkami, a z ciążącą na okolicy KLIONTFĄ STRRRASZLIWĄ zmaga się bezskutecznie, bo tak. Za to sytuacji taki plus, że INŻYNIER jest w stanie z kilku odbiorników radiowych, stalowego pręta albo dwóch, kabla i taśmy izolacyjnej skonstruować działający dokładnie tak samo emiter pola ochronnego, i to dość dużej mocy. Dzięki czemu możemy spokojnie spać w lokalnej gospodzie, nie przejmując się tym, że następnego ranka pójdziemy oglądać reality TV zamiast być dobrze wychowanymi wiktoriańskimi damami i dżentelmenami.

KLIONTFA STRRRASZLIWA!

Wypytanie wszystkich czterech dorosłych i kumatych NPCów w osobach doktora, Lokalnej Wiedźmy, syna szefa policji i pani burmistrzowej (bo Boring-on-Sea to podobno miasteczko) oraz wywrócenie lokalnej biblioteki do góry nogami ujawnia, że na okolicy ciąży KLIONTFA STRRRASZLIWA, będąca efektem zawartego niecałe pięć wieków wcześniej paktu między lokalnym wielmożą a bliżej nieznanym demonem. Co dwadzieścia siedem lat, co jest liczbą trochę z dupy, bo trzy i dziewięć nie mają żadnych demonicznych konotacji (ale u Ryjka wszystko jest postawione na głowie), załoga jednej z lokalnych łodzi rybackich znika, wraca razem z mgłą, po czym znowu wypływa i znika znowu, tak skutecznie że wraca tylko pusta łódź. Kto nie wypłynie drugi raz na łodzi, ten albo zrobi to wpław, albo, jeśli nie zdąży, zostanie kokonem dla agresywnego ryboluda, który wyskoczy mu z pleców i, yeahyouguessedit, spierdoli do morza. Potem mgła przechodzi, nikt nic nie pamięta z całego zajścia. Logiki w tym za grosz. Albowiem.

Po najsampierwsze i najbardziej najważniejsze: zabrakło stanowiącego filar wiktoriańskiej wioskowej społeczności pastora (vel vicar). W Wolsungu, gdzie odpowiednik anglikanizmu ma swoje korzenie w oddawaniu czci Matce Boskiej Królowej Tytanii, byłaby to kapłanka, najprawdopodobniej elfka do tego, więc niewykluczone, że dysponowałaby wiedzą historyczną na temat okolicy, na jakieś sto-dwieście lat wstecz. Szczególnie że kościół nie ubecja i starych papierów nie pali. Za to przekonać taką francę do siebie, to już byłaby grubsza jazda.

Po drugie, diabelnie istotne: demony w Wolsungu są sztampowe. Czerwone rogate typasy z widłami. Co taki miałby robić nad morzem, co taki miałby mieć wspólnego z ryboludami i tak dalej? Nie podejrzewam Ryjka o znajomość takich arcydzieł horroru jak Widmo Nad Innsmouth, które mogłyby być całkiem niezłym startem, tak samo zresztą jak ilustracja Keitha Thompsona pt. The Prophet, i towarzyszący jej opis będący plot hookiem na którego da się złowić lewiatana, ale – no kurwa! – niech poszczególne elementy układanki do siebie pasują! Taki pakt można zawrzeć np. z fae. Fae są tutaj bardziej wszechstronne niż demony, a równie wredne. A blisko morza może się trafić jakaś Kalipso albo przedwieczna bogini wyżej wspomnianych ryboludów.

Po trzecie, śledzie i inne rzeczy na zagrychę: ryboludów widzieliśmy w Boring-on-Sea sztuk jeden, plus ślady dwóch kolejnych. Poza tym, raz nękały nas mgielne upiory przyzwane za pomocą glinianych figurek. I to było wszystko. Związek między jednym a drugim (no i demonem, oczywiście) żaden. Ja rozumiem, że mięso armatnie w Wolsungu to dla trzech-czterech osób formalność, bo pule kości ma toto żenujące, a składa się od jednego klapsa, ale kiedy trzeba np. przebić się przez dużą grupę topielców, albo opędzać się od ryboludów próbujących wywrócić łódkę na głębinie, to zawsze jest to bardziej efektowne i emocjonujące niż INŻYNIER wyciągający rewolwer na pierwszy podejrzany dźwięk, olewający karne modyfikatory za teren i pogodę, po czym sadzący srogiego cebanta ryboludowi, który właśnie wyskoczył oknem i stoi na środku ulicy.

Po czwarte, ofiary magii niekumantycznej: kultystów też w mieście nie było. Autochtoni sprawiali wrażenie dekoracyjnych NPCtów z kiepskiego cRPG, ponieważ The Bureau: XCOM Declassified wtedy jeszcze nie było, i udawali że żyją, kiedy my mogliśmy sobie spokojnie chodzić po mieście i włazić gdzie chcieliśmy, ponieważ lokalni konstable (wszyscy trzej) nie byli jakoś przesadnie przejęci tym, że np. przeszukaliśmy biuro komendanta. No kurwa. Nie po to ja gram w papierowe RPGi, żeby trafiać do miasteczka z najbardziej gównianego, leniwie zrobionego cRPGa jakiego ktokolwiek mógłby wypuścić.

Danny Butterman, Syn Szefa Policji

Okazuje się, że z całej pięcioosobowej policji w Boring-on-Sea kumaty jest tylko konstabl Butterman, syn szefa. Konstabl Butterman ma magicznego colta, co jednak nie ratuje go przed byciem wpierdolonym razem z kapeluszem przez mgłę. Colt jako niestrawny ląduje na bruku, dzięki czemu wiecznie niedozbrojona wesoła wdówka, czyli nasza socialite, wreszcie ma jakiś gadżet bojowy, i to zajebiście skuteczny. Się bowiem okazuje się, iż colt konstabla Buttermana to pieprzony okultystyczny handcannon, który zombie, ghule, duchy, demony i inne takie gówna przewala na wylot jednym strzałem, a kosztuje 15 PD. Nie próżnując, INŻYNIER zerżnął i to rozwiązanie, po czym jeszcze je podrasował. Ponieważ nie ma to jak rewolwer, którego pociski powodują wyładowanie łańcuchowe przeskakujące między przeciwnikami. Ale do rzeczy: opierający się KLIONTFIE STRRRASZLIWEJ konstabl uzbrojony w okultystycznego handcannona zapewne nie jest takim sobie zwykłym konstablem w głupim kasku, tylko członkiem Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów albo czymś takim. No, chyba że u Ryjka. Wtedy konstabl jest owszem, zwykłym konstablem, ale takim co to nawet parę razy był w mieście.

Lokalna Wiedźma

Lokalna Wiedźma wygląda podejrzanie młodo jak na swój wiek, choć ani nie stosuje żadnej drastycznej diety w stylu płodów, kotów i ziółek zbieranych pod szubienicą, ani nie dysponuje iście hollywoodzkim sztabem ludzi utrzymujących ją w jako-takiej formie. Nie. Ona po prostu mieszka w chacie za wsią, na wrzosowisku w samym środku niczego, a magię ochronną pierdolnęła sobie taką, że na dwadzieścia metrów od ganku mgła nie podejdzie. Oprócz tego, w ramach eksperymentu, trzyma w piwnicy jednego z rybaków, którzy ostatnio wrócili z feralnego rejsu, i sprawdza czy da się KLIONTFĘ STRRRASZLIWĄ jakoś odwrócić. Można by ją było podejrzewać, że tak naprawdę nie ma tych sześćdziesięciu lat, tylko jakoś tak z pięćset, i była świadkiem pierwszego objawienia się KLIONTFY STRRRASZLIWEJ, jako młoda córka lorda, albo nowicjuszka towarzysząca inkwizytorce która rzeczonego lorda ustawiła do pionu za pomocą nawoskowanej liny (jak to się drzewiej w Anglii robiło, w przeciwieństwie do reszty kontynentu, gdzie ustawiało się delikwenta do pionu przy słupie, na wielkiej stercie chrustu). No, chyba że u Ryjka. Wtedy Lokalna Wiedźma nie ma żadnej sensownej motywacji, ani sensownego związku z całą sprawą.

Żyd I Mason

Przy okazji poszukiwań udało się nam odkryć, że ojciec Dziewczynki Z Potworem to członek Heimburskiej Loży Oświeconych Misteriów, czyli w największym skrócie Żyd I Mason. A jak na Żyda I Masona przystało, ma ukryty w piwnicy tajny pokój, w którym trzyma swoje żydowsko-masońskie akcesoria do walki z czarną magią. Taki Żyd I Mason mógłby na ten przykład coś od swojej strony kombinować z pokonaniem tej KLIONTFY STRRRASZLIWEJ, oraz przy okazji Smutnych Panów W Mundurach Nieumarłej Rzeszy, po kilku dniach wracając po swój kapelusz w stanie mniej lub bardziej sponiewieranym, i pomóc informacjami albo czymś takim. No, chyba że u Ryjka. Wtedy Żyd I Mason ginie jak ostatnia szmata gdzieś poza ekranem i tyle.

Smutny Pan Z Mackami I Jego Mgielne Upiory

Chodzimy, kombinujemy tudzież opierdalamy się, bo oczywiście nic się w tej przygodzie kupy nie trzyma, gdy nagle pojawia się Smutny Pan Z Mackami I Jego Mgielne Upiory. Najpierw składa wizytę Wariatce Z Poddasza, rozmazując ją po ścianach (ponieważ to ulubiony sposób Ryjka na zabijanie NPCów, rozmazywanie ich po ścianach), po czym jak wściekły Pedo Bear bezskutecznie dobija się do sypialni Dziewczynki Z Potworem. Następnie wpada jeszcze do Lokalnej Wiedźmy, żeby rzucić nią o ścianę (bez długotrwałych skutków), zepsuć całą magię ochronną w jej domu i sprawić, że rybak z jej piwnicy zamienia się w kokon dla ryboluda. Kiedy kończymy oceniać zniszczenia w domku Lokalnej Wiedźmy, napadają nas Mgielne Upiory. Niestety na poprzedniej sesji Ryjek dał nam magicznego colta i możliwość wyprodukowania technomantycznych duplikatów w wystarczającej ilości, tak więc po raz kolejny robimy EPICKE GUWNO, wciągając Mgielne Upiory do lasu, gdzie INŻYNIER, bez jebacji jak król Demacji, rozwala połowę z magnum, dwa likwiduje pani archeolog, a ostatni gubi się jak ta pizda próbując ścigać wesołą wdówkę ciągnącą pod pachą Dziewczynkę Z Potworem (tymczasowo Bez Potwora). Jako, że to przygoda Ryjka, pytanie „Who the fuck is Pan Z Mackami?” pozostaje bez odpowiedzi.

Zamek Wolfenstein

Skoro już wiemy, że lord, że pakt, że demon i tak dalej, postanawiamy ruszyć do siedziby tegoż, czyli opuszczonego od lat Zamku Wolfenstein na skale kilka mil od Boring-on-Sea. Jak się okazuje, na dziedzińcu stacjonuje Smutny Pan W Mundurze Nieumarłej Rzeszy i ogląda reality TV, razem ze swoimi zombiakami. Toteż prosimy go grzecznie, aby nie stał w przejściu, i zabieramy się za szukanie zaginionej członkini Klubu Kandydatów Na Tajnych Agentów, co z niezawodnym kompasem marki Jack Sparrow należącym do pani archeolog jest formalnością. W zamkowych lochach znajdujemy i zaginioną, i konstabla Buttermana, i zwłoki Żyda I Masona. Toteż stwierdzamy, że jebiemy resztę i wracamy na górę, gdzie INŻYNIER z nekronazistowskiego sprzętu komunikacyjnego buduje kolejny generator pola ochronnego. Pozostaje jednak pytanie, gdzie podziewa się ostatni potomek potomka lorda paktującego z demonami, który wedle wcześniej zgromadzonych informacji powinien kultywować rodzinną tradycję i też być demonologiem.

Odpowiedź przyjeżdża wydając znienawidzony przeze mnie dźwięk pociągu, bowiem Ryjek, jak chuj ostatni, wsadził nas w tym momencie na szyny. Objawia się drugi konstabl Butterman, na co ten bliżej nas przestaje udawać i zrzuca iluzję, pod którą jest półelfem z rytualnymi tatuażami. Normalnie takie działanie byłoby samobójstwem, bo z sześciu osób (Fantastyczna Czwórka plus dwóch NPCtów, z czego jeden to Bufi Postrach Nekronazistów, a drugi to prawdziwy konstabl Butterman, co z tego że ze zwykłą flintą a nie magicznym handcannonem) któraś na pewno przelicytuje go na inicjatywie i krótko acz rzeczowo upierdoli mu łeb. No, chyba że u Ryjka. Wtedy zostajemy wsadzeni na szyny, Demoniczny Pederasta rzuca nam z dupy wziętego flashbanga czy inne takie zaklęcie paraliżujące, po czym ucieka na wieżę zamkową, by tam za pomocą konstabla Buttermana i Bufi Postrachu Nekronazistów dopełnić rytuału, w którym stanie się pełnoprawnym Demonicznym Pederastą a nie tylko kultystą z pretensjami. I nie schodzimy z szyn dopóki krew obojga nie zostanie przelana, bo potem i tak Demoniczny Pederasta robi fikołka z wieży w tył i tyleśmy złamasa widzieli.

Kurwa, no nie.

No po prostu kurwa no nie! Boże, czy ty to widzisz?!

Mgła znika, my wymykamy się Smutnym Panom W Mundurach Nieumarłej Rzeszy wlokąc ze sobą lekko sponiewieraną Bufi i konstabla Buttermana, odstawiamy ich do lokalnego doktora, po czym spierdalamy w chyżych podskokach do Lyonesse, aby złożyć raport Gary Stu z mechaniczną ręką.

Gdzie po raz kolejny walczymy z Demonicznym Pederastą, ale jako że mu karta nie idzie i jest konsekwentnie ostatni, dostaje wpierdol tak srogi, że nawet dziewięć żetonów wytrzymałości mu nie starcza. Niestety już po tym jak INŻYNIER skurwego syna raczył dobić, Ryjek zrobił co? Jak chuj ostatni rzucił Jokera i znowu wsadził nas na szyny. Demoniczny Pederasta rozwiał się w dym i spierdolił oknem. Na to dictum, opowiedziane na Polconie, jeden z autorów Wolsunga stwierdził że tak się nie da, a druga drużyna graczy Ryjka tylko uśmiechnęła się z politowaniem.

Reklamy

16 comments on “Jak się MG we mgle zgubił

    • Ja też nie bardzo. Do tej pory nie wiem, jaki był cel paktu między lordem a demonem, dlaczego to były akurat ryboludy, co się potem stało z tymi nekronazistami w zamku, i co to właściwie byli za skrytobójcy.

      • Ale sama kwestia paktu między lordem a demonem była bardzo ważna, wałkowana bardzo mocno i szukaliśmy na jej temat informacji wszędzie.
        „Dlaczego akurat ryboludy” to z kolei kwestia fluffu, wynikająca wprost z pytania o pakt.
        „Co z nekronazistami” jest pytaniem w stylu „What happened to the mouse?” – wymknęliśmy się z zamku kiedy akurat doszli do siebie, zawiadomiliśmy Lorda Major-Generała Knoxa (who is the very model of a modern major-general), który posłał ludzi do posprzątania całej sytuacji, więc jak mało istotni ci panowie by nie byli, coś się z nimi powinno stać (bonusowe punkty dla MG jeśli zapamiętał potencjalną zahaczkę fabularną którą zostawiliśmy w zamku).
        A skrytobójców badaliśmy o wiele wcześniej, też dość dogłębnie, jak się bada jednolicie ubrane grupy dokonujące aktów sabotażu przeciwko nam, np. mordujące NPCtów, i to hurtowo.

      • Nie mogę podpiąć tej odpowiedzi do Twojej odpowiedzi, więc będzie na dole.

        Hmm, ale wiesz, że kolejna sesja może się zacząć od tego, że Lord przekaże Wam info co znaleźli w zamku? Tylko jednostrzałówki powinny mieć zamknięte zakończenie i wyjaśnione wszystkie wątki, w przypadku dłuższych przygód informacje mogą pojawić się później.

      • Zamek przeszukaliśmy sami, rozwaliliśmy nekronazistom radiostację, zawiadomiliśmy Lorda, została tylko kwestia wyłapania tych czterech (a może ich sześciu było?) smutnych panów i sprzątnięcia ich zombiaków. Co i tak nie zmienia faktu, że pojawili się totalnie od czapy i całą historię można było poprowadzić bez nich.

      • Your point being? Nie podobała Ci się walka? Nie lubisz tak otwartych zakończeń? Myślałeś, że sesja będzie o czym innym i MG zawiódł Twoje oczekiwania? To jakie miałeś oczekiwania?
        Czy możemy przenieść się od szczegółów do ogółu?

      • Nie lubię jak mi się coś majta bez podsumowania i jakiegokolwiek zainteresowania ze strony MG. Bo brak zainteresowania był aż nadto widoczny w samej tekturowości tej frakcji w przygodzie. To były takie Nazi Zombies That Don’t Do Anything.

  1. Posłuchajcie, dziatki, cioci Finn. Przygoda była o tym, jak to źli ludzie przemocą i groźbą zmusili biednego Ryjka do bycia misiem gry, a ten zaserwował wam w okrutnym odwecie stare, zimne kotlety – takie, które zaczynały już wytwarzać własną świadomość.

    Wy wyczynialiście „EPICKIE GUWNO”, a Ryjek EPICKIE DAWANIE DÓPY na wszystkich możliwych polach. I gdzie jest jakiś, choćby minimalny, szacunek do czasu, graczy, siebie, zużytego papieru i powietrza? Znaczy, dlaczego on w ogóle na pierwszym miejscu pozwolił, żeby światło dzienne ujrzało „guwno”?

    • Akurat EPICKE GUWNO to dobra rzecz, bo coś się dzieje, rzeczy eksplodują, fajni faceci nie patrzą na eksplozje i w ogóle jeśli chodzi o widowiskowe akcje, czyli EPICKE GUWNO właśnie, to bez graczy ono się dziać nie chce.
      Bo nie.

      • EPICKIE GUWNO rozumiem, chodziło mi o scenariusz-guwno. Raz byłam misiem gry w cyberpunku i przygotowanie scenariusza zajęło mi ciut ponad miesiąc, bo jestem zakichaną perfekcjonistką-paranoikiem. Wszystko musiało być rozpisane na różne możliwe warianty i trzymając się zasady „rozpoczynamy pierdolnięciem, a potem jest jeszcze trudniej, bo MG jest złośliwą mendą, która zna podręcznik lepiej niż jego autor”.

        A twój ból dupy rozumiem, bo mam tak samo przy książkach i filmach – za niewykorzystany potencjał fabularny powinien być karny kaktus.

  2. Ponieważ tekst dotyczy sesji na której byłam i na której bawiłam się całkiem nieźle, nie licząc obcinania krzywych akcji autora tego tekstu, skomentuje ten żenujący wpis jednym zdaniem: Współczuję. Jeśli granie z nami i naszym MG tak cię męczy intelektualnie, zaprawdę współczuję ci potrójnie.
    Z zarzutów jakie wypunktowałeś w tym jakże kulturalnym i wyważonym wpisie (sarkazm) tylko jeden do mnie przemawia – niewyjaśniona sprawa paktu. Ale z drugiej strony, kampania nie została skończona, więc zawsze jest szansa na wyjaśnienie sprawy. Ja się w jej trakcie dobrze bawiłam, NPCe pozwolili nam na odegranie kilku epickich konfrontacji, a wątek z szefem policji naprawdę nas zaskoczył, co świadczy na plus mistrza gry. Dla każdego, kto angażował się w sesję i starał się wnieść coś do gry ta sesja była ciekawa. Dla autora tekstu, którego jedynym wkładem w granie było epickie skakanie po dachach, zaś mozolne podążanie tropami w śledztwie pozostawił reszcie nudnych i niewyrobionych graczy, faktycznie, sesja ta mogła być mordęgą. Współczujemy ponownie, łączymy się w bólu i nie zgadzam z Tobą kompletnie.
    Pozdrawiam imiennie, jawnie i otwarcie, używając własnego imienia.
    Podpisano: Azja

    • Zacznijmy od tego, że ta przygoda nie była wcale męcząca intelektualnie. Chyba, że dla MG, który nie był w stanie sensownie powiązać jednego elementu fabuły z drugim. To jest rzecz pierwsza.
      Po drugie, ten sam Mistrz Gry, jak OSTATNI IDIOTA, najpierw dał nam broń przeciw demonom, a potem postawił nam demona na wyciągnięcie ręki. Zrobiliśmy jedyną rozsądną rzecz, czyli chórem powiedzieliśmy „Atakujemy!”. I w tym momencie dopiero MG pojął, co zrobił. Ale zamiast uznać, że go przechytrzyliśmy, złamał mechanikę gry i elementarną logikę, byle byśmy tylko nie zepsuli jego jakże genialnego planu. I zrobił to trzy razy, jeden po drugim, raz przed rytuałem, raz w trakcie i raz po.
      Poza tym, łażenie po oczywistych miejscach w stylu bibliotek i lokalnych redakcji, żeby dostawać informacje podane na tacy, jest zwyczajnie irytujące. Szczególnie kiedy poszczególne elementy scenariusza totalnie nie trzymają się kupy, a cała historia nie jest historią, tylko zlepkiem motywów zerżniętych od innego MG.

  3. Cóż, zachodzi prawdopodobnie różnica w percepcji rzeczywistości, bo ja przypominam sobie przynajmniej trzy ciężkie konfrontacje społeczne w trakcie śledztwa, kilka pościgów, kilka ślpych wątków oraz jestem w stanie przyjąć, że spluwa z runami nie koniecznie jest najskuteczniejszą bronią na demony na świecie… Szczególnie, jeśli są otoczone kręgiem magii w trakcie zaklęcia. Standard filmowy, że tak się wyrażę. Scena „rozwalam jednym strzałem arabskiego nindżę” jest zabawna w Indiana Jones, ale niekoniecznie nadaje się na sesję…

    • Sweet Merciful Zombie Jesus… Kiedy MG sam wyraźnie mówi, że spluwa z runami JEST najskuteczniejszą bronią na demony, to znaczy że jest! Z palca sobie tego nie wyssałem!
      Poza tym trochę lepiej pamiętam całą sekwencję w zamku: najpierw w głównej sali objawił się drugi, czyli ten właściwy, Konstabl Butterman. MG, jako że jest partacz, zamiast zrobić nam CZWARTĄ CIĘŻKĄ KONFRONTACJĘ SPOŁECZNĄ, w której usiłujemy zgadnąć który Konstabl Butterman jest Konstablem Buttermanem, a który Demonicznym Pederastą (TM) bez strzelania do żadnego z nich, zrobił rzecz fabularnie arcykretyńską, czyli ujawnił Demonicznego Pederastę (TM) w sposób posyłający nas bez pytania na dechy. Zabawa z kręgiem magii, której i tak byśmy nie przerwali, bo nie, była dopiero później.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s