This Is L.A.: Eddie Diamond, Agent

„Eddie Diamond, niezwykle utalentowany zaganiacz małp, jak ci mogę pomóc?”

Hollywood to nie tylko gwiazdy wiecznie strzelające fochy i reżyserzy, których wizji nie pojmuje nikt, a zwłaszcza oni sami. Między tymi wszystkimi nieznośnymi typami uwijają się dziesiątki menedżerów, agentów i negocjatorów, próbujących po pierwsze zarobić na życie, a po drugie dokonać cudu i wypromować kolejną nierozgarniętą miernotę na gwiazdę następnego sezonu. Muszą przekonywać szefów wytwórni, że nawiedzona gwiazda nie wypisze się z nowego filmu z powodu niewłaściwego koloru ręczników, albo pozostanie dostatecznie trzeźwa do końca zdjęć, wynajmować PRowców, ochroniarzy i całą resztę zbędnego personelu, innymi słowy – nie mają łatwego życia. A skoro już przy wynajmowaniu personelu jesteśmy, to nigdy nie wiadomo, czy gwiazdka z przerostem ego albo jej szurnięty agent nie będą do czegoś potrzebować shadowrunnera. Albo całej ekipy.

Eddie Diamond, jak na gościa pracującego w Hollywood, jest niezwykle normalnym i zorganizowanym krasnoludem. Oczywiście, często musi się wspomagać antydepresantami albo alkoholem, ale kiedy twoim mottem jest „Całe życie z debilami”, to nie masz innego wyjścia. Na szczęście Eddie może pochwalić się znajomościami stawiającymi go w serwisie Persona 2.o o trzy kroki od samego Gary’ego Cline’a, co stanowczo ułatwia mu oficjalną robotę. Gorzej z tymi mniej oficjalnymi fuchami, do których ciągle zmuszają go jego chlebodawcy – w końcu to trochę głupio wygląda, kiedy szanowany agent musi albo tuszować skandal, albo na przykład załatwiać prochy, żeby tylko jakaś przygłupia siksa raczyła wygrzebać się z łóżka i być w stanie jakkolwiek funkcjonować na planie. Czytaj dalej

Reklamy

Drone Rigger: A Critical Analysis

As every Dumpshocker knows full well, pre-made characters from the Shadowrun 4th Edition corebook are more or less shit. Usually more. Of course, they may look interesting on paper, but once you grab them by the throat, slam them against the wall hard and line up against even the characters from “Sample Characters Archive” thread (to say nothing of UmaroVI’s “Archetypes” which are so minmaxed I’ve explicitly warned my players that if I see one of these at my table, they get fed to Shedim), they just fail. Horribly. But let’s see the details first. Czytaj dalej

Ekipa: Kij w szprychy

W poprzednim odcinku: El Jacko, Pani Kotku, Elfka z Lasu i Włamyhobbit dostają fuchę od bucowatego elfa w kiepsko dobranym garniaku: weźcie wielkie pudło i podrzućcie mi je na zadupie. W pudle, według domysłów Pani Kotku, zapewne znajduje się jednorożec w karbonicie.

Wycieczka do doków w celu odebrania pudła mija bez problemów. Gorzej w drugą stronę, bo nagle furgonetkę Pani Kotku (note: furgonetka w Shadowrunie ma statystyki których nie powstydziłby się lekki czołg) zaczyna napastować ośmiu dziadów na motorach, z magiem na czele. Dziady mają statsy grubo zawyżone, żeby mieć chociaż cztery kostki po ujemnych modyfikatorach za strzelanie w biegu, i tak idiotycznie fuksiarskie rzuty, że nawet udało im się coś zrobić (postrzelić Elfkę z Lasu i pognieść furgonetkę Powerboltem). Ale czego się spodziewać kiedy za podkład muzyczny robi OST z Need for Speed: Most Wanted (tego z 2005)? Oczywiście jako, że to ja rozstrzygam trafienia, skończyło się paroma fajnymi opisami, głównie widowiskowych pudeł (przy czym wisienką na torcie była scenka, w której – czystym zbiegiem okoliczności – jeden z bandziorów wyprztykał się z amunicji do strzelby akurat tuż przed tym jak włamyhobbit znokautował go teleskopową pałką przy stu kilometrach na godzinę), a potem sprawy się popieprzyły. Czytaj dalej

Narzędziownia: Interaktywne mapy

Google_Fusion_Tables_1

Google_Fusion_Tables_1 (Photo credit: hr.icio)

Ostatnio zacząłem się bawić jednym z narzędzi Google Docs, a mianowicie Google Fusion Tables. To ustrojstwo o niebywale topornym interfejsie ma jedną ciekawą funkcję: jest w stanie nanieść na mapę z Google Maps cały pierdylion znaczników, włącznie z opisami wyświetlającymi się po kliknięciu. Co prawda nie ma możliwości umieszczenia własnego znacznika na mapie, więc jesteśmy ograniczeni do tych dwustu, które oferują Google, ale już w okienkach z opisami można szaleć. Jeśli prowadzimy coś w realiach naszego świata (WOD, CP2020, Shadowrun, co tam jeszcze…), możliwości mamy bardzo szerokie: wszelkie Elizja, miejsca spotkań, kryjówki BG i przeciwników, cele misji, sklepy, ulubione miejsca BNów, obszary wpływu – wszystko to możemy umieścić na mapie. Jak się człowiek uprze, ma dwie godziny czasu i notatnik, to jest w stanie wystrugać nawet w miarę szczegółową mapę zalanego obszaru Los Angeles w Shadowrunie. Czytaj dalej

Ekipa: Dysfunction Junction

W poprzednim odcinku: El Jacko, hacker nieprzeciętny i równie nieprzeciętna rasistowska świnia, dostaje fuchę od miłego dziadka w garniaku: „Znajdź mi te trzy aniołki Charliego, tu jest pięć kafli na anonimowym koncie i nowy telefon, żebyś miał na co dupeczki wyrywać. A jak nie, to tak ci zrobię koło dupy, jak nawet Bubba The Love Troll nie potrafi.” Pechowo (albowiem El Jacko rasistowską świnią jest), dwa Aniołki Charliego to pyskaty krasnolud odgrywany przez Panią Kotku i elfka z lasu. A trzecim Aniołkiem jest gamoniowaty, ale cholernie niebezpieczny włamywacz, człowiek, ale dla niepoznaki zwany włamyhobbitem. W takiej sytuacji, sprawy muszą się spaskudzić.

Po wymianie złośliwości, ekipa zajechała wreszcie na miejsce. Po wejściu zapanował consensus co do stanu nowej kryjówki, a mianowicie „Jezu Chryste, co za dziura” – wielki (50 metrów kwadratowych) loft nad starym garażem/magazynem/czymśtam, z jednym oknem z czterech zabitym dyktą, meblami w postaci taniego stolika, czterech plastikowych krzesełek, zapyziałego materaca i szafek kuchennych pamiętających chyba Nixona oraz bardzo zauważalnym brakiem kibla. Co ciekawe, industrialna speluna (bieżąca woda, prąd dostępny przez większość doby i fakt, że budynek nie kwalifikuje się jeszcze do rozbiórki) to tzw. Low Standard, a czynsz został z góry opłacony przez miłego dziadka, co oznacza, że nie trzeba wydawać dwóch kafli miesięcznie przez całkiem spory czas. Doceniła to, co zabawne, tylko elfka z lasu, której ostatnim lokalem była speluna z widokiem na park i zatopione ruiny – a jako, że elfka jest z lasu, zielone otoczenie jest dla niej lepszą estetyczną alternatywą niż środek dzielnicy przemysłowej którejś tam pipidówy w dolinie San Fernando (schowanej za tym wielkim znakiem HOLLYWOOD, jakby ktoś nie wiedział). Wszyscy poza włamyhobbitem łaskawie włączają swoje nowe commlinki, żeby zapoznać się z nowymi lewymi papierami – jak wszyscy agenci miłego dziadka, dostali nazwiska (ale na szczęście nie imiona) z jednej popkulturalnej paczki. Dokładniej, anime pt. Baccano! Jest to o tyle zabawniejsze, że właścicielka elfki gra na tym samym forum w Requiem, i teraz jej obie postaci nazywają się tak samo. Czytaj dalej

Ekipa: Prolog

Zacząłem kampanię. Admin forum Wampira: Requiem zapytał, czy nie przyłączyłbym się do nowo uruchomionej kampanii Neuroshimy, na co ja stwierdziłem (po raz kolejny), że Neuroshima to niedopieczony i poroniony system, ale za to mogę Shadowruna poprowadzić. Niby mam całą kupę notatek w moich Google Docsach, coś na start sklecę. Grupę tzw. prime runnerów do postawienia w ramach bardzo zorganizowanej opozycji mam – czterech zbudowałem sam, piątego zajumałem bezwstydnie z forum Dumpshocka. Wystarczyło tylko zebrać graczy. Czytaj dalej

Notatka na marginesie

Szybki wpis administracyjny, tak tylko żeby udowodnić, że jeszcze żyję (ale co to za życie). Obstawiłem się szczelnie podręcznikami do nowego Shadowruna i powoli zaczynam składać względnie luźną kampanię w stylu GTA. Głównie dlatego, że planując wielkie i epickie storyline’y w pewnym momencie zaczynam myśleć bardzo liniowo, a poza tym Shadowrun raczej nie sprzyja epickości. Ostrej jeździe z różowym irokezem i automatycznym granatnikiem owszem, ale epickość i ratowanie świata to nie tutaj. Stąd właśnie schemat GTA – od chłopka do chłopka, a podczas robienia misji zahaczki fabularne znajdą się same. Po drodze oczywiście będzie można zaliczyć trochę zadań pobocznych z dodatkowymi nagrodami (bo już wymyśliłem za dużo NPCów, coś z nimi trzeba zrobić) i szeroko pojętych wyzwań – w końcu Persona 2.0 nagradza wariatów, Jackassów i ludzi, którzy chcą się pokazać.

Niestety, mam cholerny problem z wymyśleniem odpowiednio niskopoziomowych zadań na początek. Dalej będzie prosto – no wiecie, gangi, korporacje, konto na Pitu-Pitu, ale najpierw na to wszystko trzeba zasłużyć. Pozadawać się trochę z drobnymi szumowinami z bezpiecznej i nudnej okolicy. Oczywiście nawet nie spytałem, kim chcą grać moi gracze i ilu ich właściwie będzie, więc trick w tym, żeby rzeczonych zadań przygotować odpowiednio dużo, odpowiednio różnorodnych i interesujących dla każdego. Dobrze chociaż, że przeszedłem ostatnio nowego Deus Exa, przynajmniej zauważyłem kilka fajnych sztuczek związanych z przygotowywaniem jednego etapu tak, by można go było przejść na kilka sposobów (niekoniecznie metodą airduct ninja).

Spokojnie, jeszcze żyję…

Adept Ochroniarz – koncept postaci

Ktoś mnie tu ostatnio pacał Googlem w poszukiwaniu przepisu na postać ochroniarza do Shadowruna. Tak się fajnie składa, że coś takiego mam, i to lekko niestandardowe. Pomysł bowiem narodził mi się taki: jawna zrzynka z mojego Shiby do Legendy Pięciu Kręgów. Jeśli graliście w ten system, wiecie czego się spodziewać: łebskiego gościa (Shiba pierwszoedycyjny) z teoretyczną wiedzą o magii, odpornością na magię (druga ranga szkoły Shiba) i jeszcze, tak na dokładkę, postrzeganiem astralnym. No wiecie, tak na wypadek gdyby coś próbowało ugryźć zleceniodawcę w astralu. Dodatkowo, mamy do czynienia z ochroniarzem z gatunku „garniak, słuchawka i ciemne okulary” – to nie jest „proaktywny rozpierdalacz”, czyli facet którego modus operandi jest otwieranie drzwi z laczka i witanie ludzi ze strzelby. Jest za to w stanie bardzo szybko zorientować się, że coś się dzieje w okolicy, wygrać rzut na inicjatywę i zacząć kopać tyłki na trzy sposoby. Czytaj dalej

This Is L.A.: Pito Bandito

If earthquakes and floods weren’t enough, Los Angeles is plagued by social media as well. To be more exact: Persona 2.0, or „Pito” for short. Imagine Youtube, Facebook and LinkedIn all in a neat little package: camera drones film you all the time, serving the live video to hundreds of schmucks watching you, you have a contact list (to which – and that’s sure as hell – some spackers you don’t even know will try to add themselves), and, to top it off, a meter that displays your degree of connections to the Big Green, Gary Cline (the Horizon CEO). Of course, an ordinary schmuck off the street can’t get a P2.0 account – you need an invitation first, which means that if you don’t make an impression on someone, you won’t be able to show off in the city. And showing off is a sacred thing in LA. If you don’t show off, you don’t exist. Period. Czytaj dalej

This Is L.A.: Pitu Pitu

Jakby mało było trzęsienia ziemi i powodzi, w Shadowrunie Los Angeles jest nękane również przez plagę mediów społecznościowych. Dokładniej, serwis Persona 2.0, w skrócie „Pitu” (od P2, jakby ktoś nie wiedział). Wyobraźcie sobie Youtube, Facebooka i LinkedIn w jednej paczce: wszechobecne drony z kamerami filmują was serwując wideo na bieżąco setkom gamoni, którzy was oglądają, macie listę znajomych (na którą – jak amen w pacierzu – będą się pchać jakieś warzywa, których w ogóle nie znacie), a do tego jeszcze miernik tego, ile powiązań dzieli was od Wielkiego Zielonego, czyli szefa Horizon. Oczywiście byle szmondak nie może sobie założyć konta – trzeba najpierw dostać zaproszenie, co oznacza, że dopóki nie zrobimy na kimś wrażenia, to się w mieście nie wylansujemy. A lansowanie, proszę państwa, to w LA rzecz święta. Jak się nie lansujesz, to cię nie ma. Czytaj dalej