Ćwiczenia dla Mistrza Gry: Imiona

Od pewnego czasu chodzi mi po głowie jedna rzecz: niektórzy MG za cholerę nie potrafią wymyślać imion dla NPC. U Ryjka przerodziło się to już w sesyjny running joke, że postaci nie miały imion, tylko kolejno, NPC-001, NPC-002… Stąd pomysł na małe ćwiczenie dla MG: odpalamy arkusz kalkulacyjny i piszemy w pierwszej kolumnie po jednym imieniu na każdą literę alfabetu. Na potrzeby systemów współczesnych, to samo robimy z nazwiskami.

Na Dobry Początek: Cheat-sheet

Alfabet angielski, najprostszy i najbardziej uniwersalny, ma dwadzieścia sześć liter. X można wywalić od razu – nikomu nie życzę szukania imion fantasy na X, bo wiem, na co bardzo szybko trafi, a mianowicie na Xenofobię Xiężniczkę Xerografów. Zatem zostaje nam dwadzieścia pięć liter. Jeżeli z tych dwudziestu pięciu uda się nam wymyślić imiona zaczynające się na jedną z przynajmniej piętnastu liter, powtarzamy ćwiczenie w następnej kolumnie. I jeszcze raz, tak żebyśmy mieli cheat-sheet, od jednego do trzech imion na daną literę. Czytaj dalej

Weź Tylko Trzy: Książka Kucharska Mistrza Gry

Weź Tylko Trzy: książka kucharska.

Weź Tylko Trzy: książka kucharska.

Jak wynikło z wyzłośliwiania się nad Ryjkiem, bardzo istotną kwestią w tworzeniu przygody jest odpowiednie wykorzystanie zahaczek fabularnych. Ponieważ, między innymi, co rusz mieliśmy do czynienia z nowymi zahaczkami fabularnymi, które prowadziły donikąd i były szybko ignorowane przez MG. A wystarczyło wziąć tylko dwie-trzy z nich, żeby zrobić sensowną przygodę albo nawet kampanię, szczególnie że część była istotna według fluffu, a część się po prostu prosiła.

Przede wszystkim, ważna jest sama koncepcja zahaczki fabularnej. To nie jest alfa i omega, tylko wstępne pojęcie i ogólne hasło, z którego dopiero wyciąga się szczegóły – byle pasowały tematycznie. Na ten przykład: grobowiec templariusza w Anglii. I tutaj Mistrz Gry powinien zadać sobie najbardziej oczywiste pytania, jakie mogą mu zadać gracze. Kim byli templariusze? Co templariusz robił w Anglii? Dlaczego jego grobowiec znajduje się akurat w krypcie kościoła? Jak już sobie odpowie na te, niech na podstawie odpowiedzi zada kolejne oczywiste pytania. Bo w końcu skoro templariusze, to albo skarby, albo wiedza tajemna, albo polityczny spisek, trzy rzeczy wiązane z templariuszami w kulturze i historii. A przy okazji, zarówno przy zadawaniu pytań, jak i wymyślaniu odpowiedzi na nie, należy uważnie czytać podręcznik. Jeśli system sprowadza się do samego engine’u rzucania kostkami, jak D&D czy GURPS, to zamiast podręcznika należy czytać setting book, ale ogólnie rzecz biorąc – na najlepsze pomysły już ktoś zdążył wpaść, więc nie ma co wymyślać kwadratowych jajek. Ja tam bez problemu zrobiłem szkic przygody z jednego wpisu w bestiariuszu, jednej profesji i samej wiktoriańsko-steampunkowej natury Wolsunga. Czytaj dalej

This Is L.A.: Eddie Diamond, Agent

„Eddie Diamond, niezwykle utalentowany zaganiacz małp, jak ci mogę pomóc?”

Hollywood to nie tylko gwiazdy wiecznie strzelające fochy i reżyserzy, których wizji nie pojmuje nikt, a zwłaszcza oni sami. Między tymi wszystkimi nieznośnymi typami uwijają się dziesiątki menedżerów, agentów i negocjatorów, próbujących po pierwsze zarobić na życie, a po drugie dokonać cudu i wypromować kolejną nierozgarniętą miernotę na gwiazdę następnego sezonu. Muszą przekonywać szefów wytwórni, że nawiedzona gwiazda nie wypisze się z nowego filmu z powodu niewłaściwego koloru ręczników, albo pozostanie dostatecznie trzeźwa do końca zdjęć, wynajmować PRowców, ochroniarzy i całą resztę zbędnego personelu, innymi słowy – nie mają łatwego życia. A skoro już przy wynajmowaniu personelu jesteśmy, to nigdy nie wiadomo, czy gwiazdka z przerostem ego albo jej szurnięty agent nie będą do czegoś potrzebować shadowrunnera. Albo całej ekipy.

Eddie Diamond, jak na gościa pracującego w Hollywood, jest niezwykle normalnym i zorganizowanym krasnoludem. Oczywiście, często musi się wspomagać antydepresantami albo alkoholem, ale kiedy twoim mottem jest „Całe życie z debilami”, to nie masz innego wyjścia. Na szczęście Eddie może pochwalić się znajomościami stawiającymi go w serwisie Persona 2.o o trzy kroki od samego Gary’ego Cline’a, co stanowczo ułatwia mu oficjalną robotę. Gorzej z tymi mniej oficjalnymi fuchami, do których ciągle zmuszają go jego chlebodawcy – w końcu to trochę głupio wygląda, kiedy szanowany agent musi albo tuszować skandal, albo na przykład załatwiać prochy, żeby tylko jakaś przygłupia siksa raczyła wygrzebać się z łóżka i być w stanie jakkolwiek funkcjonować na planie. Czytaj dalej

Narzędziownia: Interaktywne mapy

Google_Fusion_Tables_1

Google_Fusion_Tables_1 (Photo credit: hr.icio)

Ostatnio zacząłem się bawić jednym z narzędzi Google Docs, a mianowicie Google Fusion Tables. To ustrojstwo o niebywale topornym interfejsie ma jedną ciekawą funkcję: jest w stanie nanieść na mapę z Google Maps cały pierdylion znaczników, włącznie z opisami wyświetlającymi się po kliknięciu. Co prawda nie ma możliwości umieszczenia własnego znacznika na mapie, więc jesteśmy ograniczeni do tych dwustu, które oferują Google, ale już w okienkach z opisami można szaleć. Jeśli prowadzimy coś w realiach naszego świata (WOD, CP2020, Shadowrun, co tam jeszcze…), możliwości mamy bardzo szerokie: wszelkie Elizja, miejsca spotkań, kryjówki BG i przeciwników, cele misji, sklepy, ulubione miejsca BNów, obszary wpływu – wszystko to możemy umieścić na mapie. Jak się człowiek uprze, ma dwie godziny czasu i notatnik, to jest w stanie wystrugać nawet w miarę szczegółową mapę zalanego obszaru Los Angeles w Shadowrunie. Czytaj dalej

This Is L.A.: Na Dobry Początek

Bunker Hill in downtown Los Angeles as seen fr...

Image via Wikipedia

Aby zrozumieć, jak duża część Los Angeles poszła w Shadowrunie pod wodę, postanowiłem nanieść mapkę z podręcznika „Corporate Enclaves” na zdjęcie satelitarne. No i trochę mnie przytkało. Odpaliłem Google Earth, zacząłem mierzyć i doliczyłem się, że nawet bez wystających na południe i północ części mamy do czynienia z obszarem porównywalnym z Warszawą. Z wody nawet za bardzo nie ma co wystawać – zabudowa na tym terenie to albo typowe amerykańskie domki, albo dwu-trzypiętrowe budynki usługowe i biurowe. No, może przypadkiem można się wpierniczyć na wieżę kontrolną lotniska LAX (widzicie tą czarną plamę między Inglewood i Hawthorne? To kawałek na zachód od niej). Oprócz tego, w Torrance znajduje się rafineria ropy naftowej (w trójkącie utworzonym przez trzy drogi, tam gdzie na mapce wskazuje litera „e” w nazwie „Torrance”), a jeśli ktoś chce się pobawić w opisywane w podręczniku nurkowanie w poszukiwaniu najróżniejszego szmelcu, to polecam okolice West Compton (między „The Haven Reeducation Facility” a archipelagiem, o który zahacza Arcology Mile) – jest tam od cholery magazynów, warsztatów i hurtowni. Czytaj dalej

Niechcemisie: Baldur’s Gate 33 i 1/3

Ja: „Pędź, halflingu!”
Pani Kotku (obrażona): „Ja nie jestem halflingiem, tylko półgotką!”

Tym razem niechcemiś, którego nie tyle mnie nie chciało się prowadzić, co moim graczom grać. Jak z tytułu można wywnioskować, Dungeons & Dragons – edycja 3.0, w ruch poszły wrzutki z pierwszego Baldur’s Gate prezentujące, gdzie tak właściwie drużyna (w składzie: mroczna półelfka złodziejka, w tej roli Pani Kotku, niziołka czarownik, w tej roli Emilka, oraz półogr pastuch, w tej roli Łukasz) wylądowała i gdzie się może udać w poszukiwaniu roboty. Czytaj dalej

Jak zepsuć pistolet

O przypadkowy postrzał, wbrew pozorom, dość trudno – chociaż zdarza się to nawet najlepszym. Broń palna jednak dość skomplikowanym sprzętem jest (chociaż bez przesady) i przypadkowe postrzały to tylko jedna z atrakcji, które mogą się przydarzyć pechowym strzelcom. Pozostałe to na przykład zmęczenie materiału, źle odważony proch, wadliwa spłonka czy amatorskie modyfikacje wprowadzone przez poprzedniego (tudzież obecnego) właściciela. Skutki są różne – od zwyczajnego zacięcia, któremu można zaradzić w kilka sekund, przez sytuacje wymagające wzięcia spluwy na warsztat, po mniej lub bardziej widowiskowe (i bolesne) permanentne rozwalenie broni. Czytaj dalej

Fortune’s Slots

Udało mi się złożyć szkielet względnie prostej jednostrzałówki do Shadowruna z perspektywą rozwoju w dłuższą kampanię. Przy okazji wpadłem na pomysł, który wykorzystam przynajmniej w jednym miejscu przygody, a mianowicie coś, co nazwałem „Fortune’s Slots” (ładny przekład to „Loteria Szczęścia”, wierny to „Jednoręki Bandyta Szczęścia” – sorry, czasami po prostu myślę po angielsku). Pomysł jest prosty jak kij od szczotki: kiedy graczom uda się jakaś widowiskowa akcja mogąca mieć losowe konsekwencje w świecie gry, gracz który tego dokonał rzuca na Edge’a (sic!). Normalnie na Edge’a rzucać się nie powinno, ale kiedy nasz zawodnik jest farciarskim sukinsynem, to niech ma frajdę, że zrobił coś efekciarskiego. Czytaj dalej

Dziwniejsze od fikcji: Cyberpunkowe Miasto Na Żywca

Urbancanal_full

Kaineng City Concept (C) Daniel Dociu, Guild Wars Wiki

Szlajanie się po Kaineng City w Guild Wars: Factions podsunęło mi parę inspiracji. Bynajmniej nie mam tu na myśli tego, co odwalał Shiro i potencjalnej aplikacji w Legendzie Pięciu Kręgów, bo Shiro działa z finezją wielkiego młota i w przewidywalny sposób gryzie go to w dupsko, a jak pisałem wcześniej, dobry kult umie się dobrze zakamuflować i nie wozi się z tym, jacy to oni są EVULZ. Chodzi o architekturę. Kaineng City, jak się wejdzie w jego wszystkie zakamarki, okazuje się być dziwnym połączeniem Wielkiego Chińskiego Muru, postawionych na nim cesarskich pagód i obrastających mury faveli, które – tak dla odmiany – zamiast rozłazić się na wszystkie strony w poziomie, pną się w górę, włażąc na siebie nawzajem. Prawie jak cyberpunkowa metropolia, tylko bez Cyberpunka (ale gangi nadal funkcjonują, i to nadzwyczaj skutecznie). A co ciekawsze – te sterty budowanych na wariata budek mają swój pierwowzór w rzeczywistości. Dokładniej, w Hak Nam, albo „Kowloon Walled City„, wyburzonej w 1994 części Hong Kongu. Pod koniec jej istnienia na 20 tysiącach metrów kwadratowych (200 x 100 m) gnieździły się circabout trzydzieści trzy tysiące ludzi. Biorąc pod uwagę, że z racji bliskości lotniska budynki nie mogły mieć więcej niż czternaście pięter, to całkiem sporo. Czytaj dalej

Legenda Onibary

Wczoraj przy patelni przyszła mi do głowy jedna rzecz: jeżeli ktoś nazywa się „Diabelską Różą”, to nie robi tego bez powodu. Zwłaszcza w przypadku, kiedy narasta wokół tego legenda (albo kilka) i znajdują się naśladowcy. Czy legendy są chociaż częściowo prawdziwe – your call (bo dzisiejszy wpis znajduje się w dziale „Toolbox”, czyli pomysły dla MG). Zawsze w końcu mogło być tak, że to dopiero drugi Onibara wymyślił sobie imię, żeby mu pasowało do tatuaży, a cała legenda zmyśliła się kolektywnie przy gąsiorku sake. Czytaj dalej