Notatka na marginesie

Jako, że stałem się ostatnio świadkiem cudu nad Wisłą pt. mechanika Wolsunga działa, a świat nie zieje pytą (co się w polskich systemach rzadko zdarza, vide mój zdecydowany sprzeciw wobec Neuroshimy i krytyka Klanarchii), dodaję nową kategorię. Na razie będzie o wynalazkach – głównie dlatego, że mój technomanta planuje wynaleźć telewizję i bezprzewodowy internet. Jak wreszcie zacznę prowadzić, to będzie coś więcej.

Para buch, Wolsung w ruch

Reklamy

This Is L.A.: Eddie Diamond, Agent

„Eddie Diamond, niezwykle utalentowany zaganiacz małp, jak ci mogę pomóc?”

Hollywood to nie tylko gwiazdy wiecznie strzelające fochy i reżyserzy, których wizji nie pojmuje nikt, a zwłaszcza oni sami. Między tymi wszystkimi nieznośnymi typami uwijają się dziesiątki menedżerów, agentów i negocjatorów, próbujących po pierwsze zarobić na życie, a po drugie dokonać cudu i wypromować kolejną nierozgarniętą miernotę na gwiazdę następnego sezonu. Muszą przekonywać szefów wytwórni, że nawiedzona gwiazda nie wypisze się z nowego filmu z powodu niewłaściwego koloru ręczników, albo pozostanie dostatecznie trzeźwa do końca zdjęć, wynajmować PRowców, ochroniarzy i całą resztę zbędnego personelu, innymi słowy – nie mają łatwego życia. A skoro już przy wynajmowaniu personelu jesteśmy, to nigdy nie wiadomo, czy gwiazdka z przerostem ego albo jej szurnięty agent nie będą do czegoś potrzebować shadowrunnera. Albo całej ekipy.

Eddie Diamond, jak na gościa pracującego w Hollywood, jest niezwykle normalnym i zorganizowanym krasnoludem. Oczywiście, często musi się wspomagać antydepresantami albo alkoholem, ale kiedy twoim mottem jest „Całe życie z debilami”, to nie masz innego wyjścia. Na szczęście Eddie może pochwalić się znajomościami stawiającymi go w serwisie Persona 2.o o trzy kroki od samego Gary’ego Cline’a, co stanowczo ułatwia mu oficjalną robotę. Gorzej z tymi mniej oficjalnymi fuchami, do których ciągle zmuszają go jego chlebodawcy – w końcu to trochę głupio wygląda, kiedy szanowany agent musi albo tuszować skandal, albo na przykład załatwiać prochy, żeby tylko jakaś przygłupia siksa raczyła wygrzebać się z łóżka i być w stanie jakkolwiek funkcjonować na planie. Czytaj dalej

Karnawał Blogowy #42: Najgorszy Mistrz Gry EVER

Więc z okazji Karnawału Blogowego chcecie się dowiedzieć o mojej najgorszej sesji RPG ever? Powiem tak: mój chujowy pech w RPG jest tematem żartów w kręgu moich znajomych. Zwykle stosuje się tylko do rzutów, ale w tym przypadku miałem do czynienia z naprawdę MEGAGUWNEM. Nawet nie gównem, ani nawet GUWNEM, to było coś dużo gorszego, a mianowicie MEGAGUWNO.

Problem 1: Mistrz Gry

Przygoda miała się dziać w Dungeons & Dragons, dokładniej w Forgotten Realms. A było ci to jakoś tak niedługo po premierze pierwszych Neverwinter Nights, czyli już trochę czasu temu. Wyrolowałem sobie wojownika, ponieważ czemu nie, build szybki zwinny i dwuręczny, problemów z postacią nie było, zaczęliśmy.

Istnieje taka stara zasada pt. „nigdy nie dziel drużyny”. Chcesz wprowadzić nowego gracza, zrób to na początku sesji, a przynajmniej w ciągu pierwszego kwadransa. Niestety, MG spierdolił to dwukrotnie w ciągu kampanii, wobec trzech różnych graczy, na dwóch różnych sesjach. Za pierwszym razem padło na mnie i jeszcze jednego gracza, za drugim na koleżankę, która nie mogąc się doczekać na wprowadzenie swojej postaci, wyszła z sesji po dwóch godzinach. Seriously. Nawet Ryjek, jak go nie lubię za zianie Skazą Krain Cienia i Ninja Pirate Zombie Robotami z piasku, ostatnio zrobił to szybciej i sprawniej, bo już po dziesięciu minutach, nie bawiąc się w Petera Jacksona, mocą retconu dołożył nam do drużyny postać nowego gracza, a poprzednim razem jeszcze ułatwiłem mu robotę i robiąc zastępstwo za mojego szybko padłego ronina wziąłem wadę Obligation, żeby mieć jakąś wymówkę, dlaczego ochroniarz Shiba łazi akurat za drużynowym Żurawiem. Czytaj dalej

Drone Rigger: A Critical Analysis

As every Dumpshocker knows full well, pre-made characters from the Shadowrun 4th Edition corebook are more or less shit. Usually more. Of course, they may look interesting on paper, but once you grab them by the throat, slam them against the wall hard and line up against even the characters from “Sample Characters Archive” thread (to say nothing of UmaroVI’s “Archetypes” which are so minmaxed I’ve explicitly warned my players that if I see one of these at my table, they get fed to Shedim), they just fail. Horribly. But let’s see the details first. Czytaj dalej

Ekipa: Kij w szprychy

W poprzednim odcinku: El Jacko, Pani Kotku, Elfka z Lasu i Włamyhobbit dostają fuchę od bucowatego elfa w kiepsko dobranym garniaku: weźcie wielkie pudło i podrzućcie mi je na zadupie. W pudle, według domysłów Pani Kotku, zapewne znajduje się jednorożec w karbonicie.

Wycieczka do doków w celu odebrania pudła mija bez problemów. Gorzej w drugą stronę, bo nagle furgonetkę Pani Kotku (note: furgonetka w Shadowrunie ma statystyki których nie powstydziłby się lekki czołg) zaczyna napastować ośmiu dziadów na motorach, z magiem na czele. Dziady mają statsy grubo zawyżone, żeby mieć chociaż cztery kostki po ujemnych modyfikatorach za strzelanie w biegu, i tak idiotycznie fuksiarskie rzuty, że nawet udało im się coś zrobić (postrzelić Elfkę z Lasu i pognieść furgonetkę Powerboltem). Ale czego się spodziewać kiedy za podkład muzyczny robi OST z Need for Speed: Most Wanted (tego z 2005)? Oczywiście jako, że to ja rozstrzygam trafienia, skończyło się paroma fajnymi opisami, głównie widowiskowych pudeł (przy czym wisienką na torcie była scenka, w której – czystym zbiegiem okoliczności – jeden z bandziorów wyprztykał się z amunicji do strzelby akurat tuż przed tym jak włamyhobbit znokautował go teleskopową pałką przy stu kilometrach na godzinę), a potem sprawy się popieprzyły. Czytaj dalej

Shane

W dzisiejszym odcinku kolejna historia postaci. Tym razem, Irraka Mistrzów Żelaza, Shane Craven, vel Atakujący-z-Cienia, vel Spadający z Dachu. Cytaty z „Shadow on the Sun” Audioslave głównie dlatego, że pierwsza scena skojarzyła mi się z trailerem World In Conflict, gdzie za tło muzyczne robił właśnie ten kawałek.

Shane Craven

„Once upon a time
I was of the mind
To lay your burden down…”
Śmigła Chinooka mieliły powietrze. W otwartym tylnym luku było widać jedynie ciemność – okoliczne wzgórza były niemal niezamieszkałe, a Talibowie nawet ze zdobycznymi noktowizorami woleli kryć się w jaskiniach, zamiast próbować strącić każdy amerykański śmigłowiec patrolujący okolicę. Shane mimo wszystko wyglądał na zewnątrz, opierając karabin na kolanach, i wydawało mu się, że pomimo bezksiężycowej nocy było podejrzanie jasno.
-Wszystko ustalone? – zapytał nagle sierżant Baird. – Drużyna Bravo wyskakuje pierwsza i obstawia to górne wyjście, o którym mówił raport. Alpha razem ze mną wchodzi przodem, Charlie pilnuje wejścia i w razie czego wchodzi jako wsparcie.
-Tak jest. – stwierdzili niemal chórem Santiago, Rogers i Kellerman.
-No. – Baird skinął głową, zadowolony. – Za ile lądujemy?!
-Trzy minuty! – odkrzyknął pilot.
-Sprawdzić sprzęt. Możemy się wysypać prosto pod ich lufy, więc postarajcie się głupio nie zginąć. – rzucił kapral Santiago. – Craven, nie śpij!
-Nie śpię. – odburknął Shane, uniósł karabin i spojrzał przez kolimator na uciekający krajobraz. Wcisnął przełącznik i przeładował broń.
-To świetnie, bo idziesz na szpicy.
Ziemia zaczęła się zbliżać. Helikopter zwolnił na tyle, by można było bezpiecznie z niego wyskoczyć. Shane wstał i podszedł do otwartego luku. Opuścił noktowizor na oczy i włączył go.
-Jazda, jazda, jazda! – ponaglił Santiago.
Wysoka trawa zaszeleściła o podwozie helikoptera tuż przed tym, jak Shane zeskoczył na ziemię i przetoczył się, tracąc równowagę. Natychmiast wstał, sięgając po granat błyskowy, i zbliżył się do dziury w ziemi. Była nie większa od typowej studzienki ściekowej i zaopatrzona w zbitą z drewna drabinę. Shane podniósł z ziemi kamień wielkości pięści, wyciągnął zawleczkę z granatu i upuścił kamień do dziury. Gdy tylko stuknął o kamienną posadzkę, w ślad za nim poleciał ciśnięty z całej siły granat.
W chwilę po wybuchu, od strony stóp wzgórza, gdzie zdesantowały się dwie pozostałe drużyny, dało się słyszeć pierwsze strzały. Shane starał się jak najszybciej zejść na dół, reszta drużyny za nim. Czytaj dalej

Narzędziownia: Interaktywne mapy

Google_Fusion_Tables_1

Google_Fusion_Tables_1 (Photo credit: hr.icio)

Ostatnio zacząłem się bawić jednym z narzędzi Google Docs, a mianowicie Google Fusion Tables. To ustrojstwo o niebywale topornym interfejsie ma jedną ciekawą funkcję: jest w stanie nanieść na mapę z Google Maps cały pierdylion znaczników, włącznie z opisami wyświetlającymi się po kliknięciu. Co prawda nie ma możliwości umieszczenia własnego znacznika na mapie, więc jesteśmy ograniczeni do tych dwustu, które oferują Google, ale już w okienkach z opisami można szaleć. Jeśli prowadzimy coś w realiach naszego świata (WOD, CP2020, Shadowrun, co tam jeszcze…), możliwości mamy bardzo szerokie: wszelkie Elizja, miejsca spotkań, kryjówki BG i przeciwników, cele misji, sklepy, ulubione miejsca BNów, obszary wpływu – wszystko to możemy umieścić na mapie. Jak się człowiek uprze, ma dwie godziny czasu i notatnik, to jest w stanie wystrugać nawet w miarę szczegółową mapę zalanego obszaru Los Angeles w Shadowrunie. Czytaj dalej

Ekipa: Dysfunction Junction

W poprzednim odcinku: El Jacko, hacker nieprzeciętny i równie nieprzeciętna rasistowska świnia, dostaje fuchę od miłego dziadka w garniaku: „Znajdź mi te trzy aniołki Charliego, tu jest pięć kafli na anonimowym koncie i nowy telefon, żebyś miał na co dupeczki wyrywać. A jak nie, to tak ci zrobię koło dupy, jak nawet Bubba The Love Troll nie potrafi.” Pechowo (albowiem El Jacko rasistowską świnią jest), dwa Aniołki Charliego to pyskaty krasnolud odgrywany przez Panią Kotku i elfka z lasu. A trzecim Aniołkiem jest gamoniowaty, ale cholernie niebezpieczny włamywacz, człowiek, ale dla niepoznaki zwany włamyhobbitem. W takiej sytuacji, sprawy muszą się spaskudzić.

Po wymianie złośliwości, ekipa zajechała wreszcie na miejsce. Po wejściu zapanował consensus co do stanu nowej kryjówki, a mianowicie „Jezu Chryste, co za dziura” – wielki (50 metrów kwadratowych) loft nad starym garażem/magazynem/czymśtam, z jednym oknem z czterech zabitym dyktą, meblami w postaci taniego stolika, czterech plastikowych krzesełek, zapyziałego materaca i szafek kuchennych pamiętających chyba Nixona oraz bardzo zauważalnym brakiem kibla. Co ciekawe, industrialna speluna (bieżąca woda, prąd dostępny przez większość doby i fakt, że budynek nie kwalifikuje się jeszcze do rozbiórki) to tzw. Low Standard, a czynsz został z góry opłacony przez miłego dziadka, co oznacza, że nie trzeba wydawać dwóch kafli miesięcznie przez całkiem spory czas. Doceniła to, co zabawne, tylko elfka z lasu, której ostatnim lokalem była speluna z widokiem na park i zatopione ruiny – a jako, że elfka jest z lasu, zielone otoczenie jest dla niej lepszą estetyczną alternatywą niż środek dzielnicy przemysłowej którejś tam pipidówy w dolinie San Fernando (schowanej za tym wielkim znakiem HOLLYWOOD, jakby ktoś nie wiedział). Wszyscy poza włamyhobbitem łaskawie włączają swoje nowe commlinki, żeby zapoznać się z nowymi lewymi papierami – jak wszyscy agenci miłego dziadka, dostali nazwiska (ale na szczęście nie imiona) z jednej popkulturalnej paczki. Dokładniej, anime pt. Baccano! Jest to o tyle zabawniejsze, że właścicielka elfki gra na tym samym forum w Requiem, i teraz jej obie postaci nazywają się tak samo. Czytaj dalej

Ekipa: Prolog

Zacząłem kampanię. Admin forum Wampira: Requiem zapytał, czy nie przyłączyłbym się do nowo uruchomionej kampanii Neuroshimy, na co ja stwierdziłem (po raz kolejny), że Neuroshima to niedopieczony i poroniony system, ale za to mogę Shadowruna poprowadzić. Niby mam całą kupę notatek w moich Google Docsach, coś na start sklecę. Grupę tzw. prime runnerów do postawienia w ramach bardzo zorganizowanej opozycji mam – czterech zbudowałem sam, piątego zajumałem bezwstydnie z forum Dumpshocka. Wystarczyło tylko zebrać graczy. Czytaj dalej

Grandtheftautowanie, cz. 2

Pisząc poprzednim razem o tworzeniu fabuły w stylu GTA pominąłem jedną ważną rzecz: jak wykorzystać główny ciąg misji, tak zwany „story arc„. Świata ratować nie musimy, ale ciąg głównych misji powinien mieć jakiś wyższy cel. Saints’ Row 2 kończyło się na „We own this city”, GTA 4 było historią o częściowej przynajmniej zemście, Vice City łączyło oba motywy. Oczywiście nie może być zbyt prosto – w końcu po coś trzeba też robić misje poboczne, na przykład żeby przygotować się do kolejnej konfrontacji z gościem, który nas wystawił. Można albo popsuć mu interesy, albo znaleźć paru nowych znajomych, którzy posłużą za wsparcie albo dywersję. Czytaj dalej