Nie prowadzisz dla siebie

Najwyraźniej zapadłem na sequelozę. Ale nie ma tego złego: w dzisiejszym odcinku wariacji na temat „Najgorszy Mistrz Gry EVER” tudzież walenia po Ryjku, kolejna kwestia z serii „co robią źli MG i jak tego uniknąć”. Bo oczywiście musiałem usłyszeć, że na mojej sesji to gracze bez sensu łazili jak cygany od wsi do wsi, mimo że cyganów w drużynie było raptem sztuk jeden. Narzekanie na shadowrunową kampanię Ekipy (przez duże E) też było. Co jest trochę niepokojące, bo paradoksalnie dawałem graczom dużą swobodę.

Podstawowym założeniem kampanii z Ekipą miał być klasyczny false flag, i to skonstruowany tak, żeby uśpić czujność graczy (albowiem Shadowrun ma to do siebie, że prędzej czy później, zleceniodawca wystawi cię do wiatru). Potem jeszcze, jak już cała historia zdechła z braku zainteresowania, skojarzyłem że przynajmniej dwie drużyny były w zamyśle skonstruowane tak, żeby dało się je łatwo skłócić, niech się pozabijają nawzajem. Z czego w jednej nawet mi to przez myśl nie przeszło, a w drugiej wszystko zrobili za mnie gracze. Do tego jeszcze dochodziły drobne fuchy od znajomych fixerów, takie z gatunku „upierdliwy klient zgłosił się do mnie z fuchą, a wiem że masz odpowiedni skillset”, jak przewiezienie jednorożca w karbonicie bez przyciągania uwagi. Dawałem graczom dużo swobody i obserwowałem. W końcu lepsze to niż wsadzanie na szyny. Czytaj dalej

Fireballe fireballami, a jeść coś trzeba

Tytuł jest cytatem z dyskusji na Facebooku, a dotyczy dość oczywistego spostrzeżenia: nawet w systemach wysoce magicznych i fantastycznych, pewne przyziemne problemy w postaci jedzenia i spania nadal istnieją. Jasne, można im zaradzić magicznymi przedmiotami, jak łyżka produkująca pożywną, ale podłą w smaku owsiankę czy pierścień redukujący wymagany czas snu, ale gotowe przedmioty są rzadkie, a do stworzenia nowych potrzeba pieniędzy, surowców i znajomości zaklęć. A mówię o najbardziej magicznym i fantastycznym systemie jaki jest, czyli Dungeons & Dragons.

Pokusa załatwiania najprostszych spraw absurdalnie skomplikowanymi i wysoce magicznymi metodami, uwielbiana przez niektórych MG, jest toksyczna. Przede wszystkim, skupiony na sekretnych, magicznych wynalazkach a la Rube Goldberg Mistrz Gry nie dostrzega rozwiązań dużo prostszych, zupełnie niemagicznych i, przy okazji, ściągających dużo mniejszą uwagę. Było już o tym trzy lata temu, w tekście o Oni w piwnicy, gdzie na samym początku zacytowałem wymianę zdań między mną a znajomym MG, Kubą. Po co bowiem kombinować z kręgami teleportacyjnymi i innymi dziwacznymi magicznymi wynalazkami, które są dziwaczne i magiczne już na pierwszy rzut oka wioskowego idioty? Czytaj dalej

Weź Tylko Trzy: Książka Kucharska Mistrza Gry

Weź Tylko Trzy: książka kucharska.

Weź Tylko Trzy: książka kucharska.

Jak wynikło z wyzłośliwiania się nad Ryjkiem, bardzo istotną kwestią w tworzeniu przygody jest odpowiednie wykorzystanie zahaczek fabularnych. Ponieważ, między innymi, co rusz mieliśmy do czynienia z nowymi zahaczkami fabularnymi, które prowadziły donikąd i były szybko ignorowane przez MG. A wystarczyło wziąć tylko dwie-trzy z nich, żeby zrobić sensowną przygodę albo nawet kampanię, szczególnie że część była istotna według fluffu, a część się po prostu prosiła.

Przede wszystkim, ważna jest sama koncepcja zahaczki fabularnej. To nie jest alfa i omega, tylko wstępne pojęcie i ogólne hasło, z którego dopiero wyciąga się szczegóły – byle pasowały tematycznie. Na ten przykład: grobowiec templariusza w Anglii. I tutaj Mistrz Gry powinien zadać sobie najbardziej oczywiste pytania, jakie mogą mu zadać gracze. Kim byli templariusze? Co templariusz robił w Anglii? Dlaczego jego grobowiec znajduje się akurat w krypcie kościoła? Jak już sobie odpowie na te, niech na podstawie odpowiedzi zada kolejne oczywiste pytania. Bo w końcu skoro templariusze, to albo skarby, albo wiedza tajemna, albo polityczny spisek, trzy rzeczy wiązane z templariuszami w kulturze i historii. A przy okazji, zarówno przy zadawaniu pytań, jak i wymyślaniu odpowiedzi na nie, należy uważnie czytać podręcznik. Jeśli system sprowadza się do samego engine’u rzucania kostkami, jak D&D czy GURPS, to zamiast podręcznika należy czytać setting book, ale ogólnie rzecz biorąc – na najlepsze pomysły już ktoś zdążył wpaść, więc nie ma co wymyślać kwadratowych jajek. Ja tam bez problemu zrobiłem szkic przygody z jednego wpisu w bestiariuszu, jednej profesji i samej wiktoriańsko-steampunkowej natury Wolsunga. Czytaj dalej

Jak się MG we mgle zgubił

Nie lubię odgrzewanych kotletów. A Ryjek niestety uraczył nas ostatnio takim właśnie odgrzewanym kotletem – wygrzebał motyw z jednej starej przygody do Wampira: Maskarady, przeszczepił go do Wolsunga, i to mało udatnie, pozmieniał parę szczegółów i uznał, że jakoś to zadziała. Nie zadziałało.

Zaczęło się od szybko zarzuconych wątków: nowo odkrytego grobowca rycerza z Zakonu Kielicha, elitarnego bractwa studenckiego w stylu znanych z popkultury Skull & Bones, jeszcze bardziej elitarnego klubu kandydatów na tajnych agentów Jej Królewskiej Mości, małomównych skrytobójców, tajemniczego wotańskiego oficera, a wszystko po to, żebyśmy pojechali do nudnej wsi nad morzem (ang. Boring-on-Sea, jaką to nazwę dostała ode mnie wiocha), i tam władowali się we mgłę. A wszystko to (włącznie z zarzuconymi wątkami) tylko po to, żebyśmy uratowali córkę pewnego przedsiębiorcy. Czytaj dalej

Karnawał Blogowy #42: Najgorszy Mistrz Gry EVER

Więc z okazji Karnawału Blogowego chcecie się dowiedzieć o mojej najgorszej sesji RPG ever? Powiem tak: mój chujowy pech w RPG jest tematem żartów w kręgu moich znajomych. Zwykle stosuje się tylko do rzutów, ale w tym przypadku miałem do czynienia z naprawdę MEGAGUWNEM. Nawet nie gównem, ani nawet GUWNEM, to było coś dużo gorszego, a mianowicie MEGAGUWNO.

Problem 1: Mistrz Gry

Przygoda miała się dziać w Dungeons & Dragons, dokładniej w Forgotten Realms. A było ci to jakoś tak niedługo po premierze pierwszych Neverwinter Nights, czyli już trochę czasu temu. Wyrolowałem sobie wojownika, ponieważ czemu nie, build szybki zwinny i dwuręczny, problemów z postacią nie było, zaczęliśmy.

Istnieje taka stara zasada pt. „nigdy nie dziel drużyny”. Chcesz wprowadzić nowego gracza, zrób to na początku sesji, a przynajmniej w ciągu pierwszego kwadransa. Niestety, MG spierdolił to dwukrotnie w ciągu kampanii, wobec trzech różnych graczy, na dwóch różnych sesjach. Za pierwszym razem padło na mnie i jeszcze jednego gracza, za drugim na koleżankę, która nie mogąc się doczekać na wprowadzenie swojej postaci, wyszła z sesji po dwóch godzinach. Seriously. Nawet Ryjek, jak go nie lubię za zianie Skazą Krain Cienia i Ninja Pirate Zombie Robotami z piasku, ostatnio zrobił to szybciej i sprawniej, bo już po dziesięciu minutach, nie bawiąc się w Petera Jacksona, mocą retconu dołożył nam do drużyny postać nowego gracza, a poprzednim razem jeszcze ułatwiłem mu robotę i robiąc zastępstwo za mojego szybko padłego ronina wziąłem wadę Obligation, żeby mieć jakąś wymówkę, dlaczego ochroniarz Shiba łazi akurat za drużynowym Żurawiem. Czytaj dalej

Ekipa: Kij w szprychy

W poprzednim odcinku: El Jacko, Pani Kotku, Elfka z Lasu i Włamyhobbit dostają fuchę od bucowatego elfa w kiepsko dobranym garniaku: weźcie wielkie pudło i podrzućcie mi je na zadupie. W pudle, według domysłów Pani Kotku, zapewne znajduje się jednorożec w karbonicie.

Wycieczka do doków w celu odebrania pudła mija bez problemów. Gorzej w drugą stronę, bo nagle furgonetkę Pani Kotku (note: furgonetka w Shadowrunie ma statystyki których nie powstydziłby się lekki czołg) zaczyna napastować ośmiu dziadów na motorach, z magiem na czele. Dziady mają statsy grubo zawyżone, żeby mieć chociaż cztery kostki po ujemnych modyfikatorach za strzelanie w biegu, i tak idiotycznie fuksiarskie rzuty, że nawet udało im się coś zrobić (postrzelić Elfkę z Lasu i pognieść furgonetkę Powerboltem). Ale czego się spodziewać kiedy za podkład muzyczny robi OST z Need for Speed: Most Wanted (tego z 2005)? Oczywiście jako, że to ja rozstrzygam trafienia, skończyło się paroma fajnymi opisami, głównie widowiskowych pudeł (przy czym wisienką na torcie była scenka, w której – czystym zbiegiem okoliczności – jeden z bandziorów wyprztykał się z amunicji do strzelby akurat tuż przed tym jak włamyhobbit znokautował go teleskopową pałką przy stu kilometrach na godzinę), a potem sprawy się popieprzyły. Czytaj dalej

Ekipa: Dysfunction Junction

W poprzednim odcinku: El Jacko, hacker nieprzeciętny i równie nieprzeciętna rasistowska świnia, dostaje fuchę od miłego dziadka w garniaku: „Znajdź mi te trzy aniołki Charliego, tu jest pięć kafli na anonimowym koncie i nowy telefon, żebyś miał na co dupeczki wyrywać. A jak nie, to tak ci zrobię koło dupy, jak nawet Bubba The Love Troll nie potrafi.” Pechowo (albowiem El Jacko rasistowską świnią jest), dwa Aniołki Charliego to pyskaty krasnolud odgrywany przez Panią Kotku i elfka z lasu. A trzecim Aniołkiem jest gamoniowaty, ale cholernie niebezpieczny włamywacz, człowiek, ale dla niepoznaki zwany włamyhobbitem. W takiej sytuacji, sprawy muszą się spaskudzić.

Po wymianie złośliwości, ekipa zajechała wreszcie na miejsce. Po wejściu zapanował consensus co do stanu nowej kryjówki, a mianowicie „Jezu Chryste, co za dziura” – wielki (50 metrów kwadratowych) loft nad starym garażem/magazynem/czymśtam, z jednym oknem z czterech zabitym dyktą, meblami w postaci taniego stolika, czterech plastikowych krzesełek, zapyziałego materaca i szafek kuchennych pamiętających chyba Nixona oraz bardzo zauważalnym brakiem kibla. Co ciekawe, industrialna speluna (bieżąca woda, prąd dostępny przez większość doby i fakt, że budynek nie kwalifikuje się jeszcze do rozbiórki) to tzw. Low Standard, a czynsz został z góry opłacony przez miłego dziadka, co oznacza, że nie trzeba wydawać dwóch kafli miesięcznie przez całkiem spory czas. Doceniła to, co zabawne, tylko elfka z lasu, której ostatnim lokalem była speluna z widokiem na park i zatopione ruiny – a jako, że elfka jest z lasu, zielone otoczenie jest dla niej lepszą estetyczną alternatywą niż środek dzielnicy przemysłowej którejś tam pipidówy w dolinie San Fernando (schowanej za tym wielkim znakiem HOLLYWOOD, jakby ktoś nie wiedział). Wszyscy poza włamyhobbitem łaskawie włączają swoje nowe commlinki, żeby zapoznać się z nowymi lewymi papierami – jak wszyscy agenci miłego dziadka, dostali nazwiska (ale na szczęście nie imiona) z jednej popkulturalnej paczki. Dokładniej, anime pt. Baccano! Jest to o tyle zabawniejsze, że właścicielka elfki gra na tym samym forum w Requiem, i teraz jej obie postaci nazywają się tak samo. Czytaj dalej

Ekipa: Prolog

Zacząłem kampanię. Admin forum Wampira: Requiem zapytał, czy nie przyłączyłbym się do nowo uruchomionej kampanii Neuroshimy, na co ja stwierdziłem (po raz kolejny), że Neuroshima to niedopieczony i poroniony system, ale za to mogę Shadowruna poprowadzić. Niby mam całą kupę notatek w moich Google Docsach, coś na start sklecę. Grupę tzw. prime runnerów do postawienia w ramach bardzo zorganizowanej opozycji mam – czterech zbudowałem sam, piątego zajumałem bezwstydnie z forum Dumpshocka. Wystarczyło tylko zebrać graczy. Czytaj dalej

This Is L.A.: Przebudować Metropolię

Downtown Los Angeles

Image by Jami Dwyer via Flickr

Z mocnym postanowieniem przygotowania przygody do Shadowruna, dziejącej się w Los Angeles, przygotowałem sobie nakładkę do Google Earth i zacząłem przegryzać się przez podręcznik „Corporate Enclaves”. Jak już wiemy z poprzedniego wpisu, na zalanych terytoriach w naszych czasach stoją głównie typowe amerykańskie domki z tubajforów i sajdingów – kto grał w GTA: San Andreas, ten pamięta jak wyglądało Ganton, czyli fikcyjny odpowiednik Compton. Podręcznik jednak, z uporem maniaka, wciska nam teksty o wieżowcach, a przynajmniej czymś wyższym niż domki z dykty – a ja, zgodnie ze swoją zasadą „myśleć, analizować, krytykować” zacząłem pytać co, po co i dlaczego tak. I po paru dniach mnie tknęło: czyżbyśmy mieli do czynienia z zabudową w stylu „The Projects” z GTA IV, czyli wysokimi budynkami mieszkalnymi, budowanymi na zasadzie „upchaj tylu czarnuchów ile się zmieści”? W końcu jak zaorzemy kwartał domków i pieprzniemy tam parę wieżowców po dziesięć-piętnaście pięter, to nagle ilość lokali socjalnych nam się kilkukrotnie zwiększy. Mamy jednak jeden drobny problem: Los Angeles, z racji sąsiedztwa uskoku San Andreas, lubi się trząść, a wysokie budynki trzęsienie znoszą, delikatnie rzecz biorąc, nienajlepiej. Ale technologia idzie do przodu – skoro w centrum LA mogą stać lasy wieżowców i nic złego im się nie dzieje, a społeczeństwo liczebnie rośnie i gdzieś trzeba je upakować, to domki tych lepiej zarabiających też można zaorać, a zamiast nich sprezentować tak zwane apartamentowce. Zresztą tu mi wyszła kolejna konstatacja: przecież cały ten obszar to na dobrą sprawę gigantyczne przedmieścia złożone z kilku małych miasteczek pochłoniętych przez miasto Los Angeles. Im bardziej LA będzie się rozrastać, tym więcej zabudowy podmiejskiej, czyli śmiesznych małych domków, trzeba będzie zastąpić miejską, czyli kilkupiętrowymi (co najmniej) blokami. Można więc bezpiecznie założyć, że im bliżej centrum LA, tym większe szanse na tor przeszkód w postaci resztek blokowisk – no, może za wyjątkiem dzielnic przemysłowych, ale o tym za chwilę. Czytaj dalej

Niechcemisie: Baldur’s Gate 33 i 1/3

Ja: „Pędź, halflingu!”
Pani Kotku (obrażona): „Ja nie jestem halflingiem, tylko półgotką!”

Tym razem niechcemiś, którego nie tyle mnie nie chciało się prowadzić, co moim graczom grać. Jak z tytułu można wywnioskować, Dungeons & Dragons – edycja 3.0, w ruch poszły wrzutki z pierwszego Baldur’s Gate prezentujące, gdzie tak właściwie drużyna (w składzie: mroczna półelfka złodziejka, w tej roli Pani Kotku, niziołka czarownik, w tej roli Emilka, oraz półogr pastuch, w tej roli Łukasz) wylądowała i gdzie się może udać w poszukiwaniu roboty. Czytaj dalej