Zróbmy dobrą sesję!

Po całej aferze z Ryjkiem, Pani Kotku zapytała mnie, jaka powinna w takim razie być dobra sesja/przygoda/kampania. Nie żebym tego nie napisał wcześniej z zaprzeczeniem, ale wyjaśnię jeszcze raz. Oczywiście odwołując się do ostatniej katastrofy kolejowej, jak i wcześniejszego fiaska w D&D. A punkt pierwszy to…

Żadnego railroadingu

Railroading, jak ktoś nie wie, to ta wkurwiająca sytuacja, w której gracze zostają ograniczeni do roli śmiecia przepychanego przez wąską i, co gorsza, mało krętą rurę. I to mniej więcej wyjaśnia, dlaczego nazwałem feralną przygodę do Wolsunga „katastrofą kolejową” – sytuacja w której MG wsadza nas na szyny, biegnące w jedyną słuszną stronę niczym komunizm, sprawia że mam chęć pociągnąć za hamulec ręczny i z tego cyrku uciekać, byle daleko. Czytaj dalej

Reklamy

This Is L.A.: Eddie Diamond, Agent

„Eddie Diamond, niezwykle utalentowany zaganiacz małp, jak ci mogę pomóc?”

Hollywood to nie tylko gwiazdy wiecznie strzelające fochy i reżyserzy, których wizji nie pojmuje nikt, a zwłaszcza oni sami. Między tymi wszystkimi nieznośnymi typami uwijają się dziesiątki menedżerów, agentów i negocjatorów, próbujących po pierwsze zarobić na życie, a po drugie dokonać cudu i wypromować kolejną nierozgarniętą miernotę na gwiazdę następnego sezonu. Muszą przekonywać szefów wytwórni, że nawiedzona gwiazda nie wypisze się z nowego filmu z powodu niewłaściwego koloru ręczników, albo pozostanie dostatecznie trzeźwa do końca zdjęć, wynajmować PRowców, ochroniarzy i całą resztę zbędnego personelu, innymi słowy – nie mają łatwego życia. A skoro już przy wynajmowaniu personelu jesteśmy, to nigdy nie wiadomo, czy gwiazdka z przerostem ego albo jej szurnięty agent nie będą do czegoś potrzebować shadowrunnera. Albo całej ekipy.

Eddie Diamond, jak na gościa pracującego w Hollywood, jest niezwykle normalnym i zorganizowanym krasnoludem. Oczywiście, często musi się wspomagać antydepresantami albo alkoholem, ale kiedy twoim mottem jest „Całe życie z debilami”, to nie masz innego wyjścia. Na szczęście Eddie może pochwalić się znajomościami stawiającymi go w serwisie Persona 2.o o trzy kroki od samego Gary’ego Cline’a, co stanowczo ułatwia mu oficjalną robotę. Gorzej z tymi mniej oficjalnymi fuchami, do których ciągle zmuszają go jego chlebodawcy – w końcu to trochę głupio wygląda, kiedy szanowany agent musi albo tuszować skandal, albo na przykład załatwiać prochy, żeby tylko jakaś przygłupia siksa raczyła wygrzebać się z łóżka i być w stanie jakkolwiek funkcjonować na planie. Czytaj dalej

Narzędziownia: Interaktywne mapy

Google_Fusion_Tables_1

Google_Fusion_Tables_1 (Photo credit: hr.icio)

Ostatnio zacząłem się bawić jednym z narzędzi Google Docs, a mianowicie Google Fusion Tables. To ustrojstwo o niebywale topornym interfejsie ma jedną ciekawą funkcję: jest w stanie nanieść na mapę z Google Maps cały pierdylion znaczników, włącznie z opisami wyświetlającymi się po kliknięciu. Co prawda nie ma możliwości umieszczenia własnego znacznika na mapie, więc jesteśmy ograniczeni do tych dwustu, które oferują Google, ale już w okienkach z opisami można szaleć. Jeśli prowadzimy coś w realiach naszego świata (WOD, CP2020, Shadowrun, co tam jeszcze…), możliwości mamy bardzo szerokie: wszelkie Elizja, miejsca spotkań, kryjówki BG i przeciwników, cele misji, sklepy, ulubione miejsca BNów, obszary wpływu – wszystko to możemy umieścić na mapie. Jak się człowiek uprze, ma dwie godziny czasu i notatnik, to jest w stanie wystrugać nawet w miarę szczegółową mapę zalanego obszaru Los Angeles w Shadowrunie. Czytaj dalej

Grandtheftautowanie, cz. 2

Pisząc poprzednim razem o tworzeniu fabuły w stylu GTA pominąłem jedną ważną rzecz: jak wykorzystać główny ciąg misji, tak zwany „story arc„. Świata ratować nie musimy, ale ciąg głównych misji powinien mieć jakiś wyższy cel. Saints’ Row 2 kończyło się na „We own this city”, GTA 4 było historią o częściowej przynajmniej zemście, Vice City łączyło oba motywy. Oczywiście nie może być zbyt prosto – w końcu po coś trzeba też robić misje poboczne, na przykład żeby przygotować się do kolejnej konfrontacji z gościem, który nas wystawił. Można albo popsuć mu interesy, albo znaleźć paru nowych znajomych, którzy posłużą za wsparcie albo dywersję. Czytaj dalej

Grandtheftautowanie

Jak zauważyliście w ostatnim Niechcemisiu, wpadłem na jakże genialny pomysł dość luźnej kampanii, w której między jednym a drugim etapem ratowania świata, gracze mogli zabrać się za sporą ilość sidequestów. Niestety popełniłem przy tym parę błędów – przede wszystkim, na śmierć zapomniałem o wprowadzającym w zabawę tutorialu. To wbrew pozorom ma sporo sensu – zarówno w Saints’ Row 2, jak i Grand Theft Auto 4 mamy do czynienia z kilkoma misjami wprowadzającymi w fabułę i przy okazji prezentującymi mechanikę rozgrywki. Dowiadujemy się, że gang się rozpadł, kuzyn wpadł w kłopoty, a my musimy narozrabiać. W niechcemisiu zadanie z netheryjską pieczęcią nie było podane w sposób oczywisty, toteż drużyna zupełnie nie wiedziała, że ma pójść do tego gościa ze śmiesznego domku i zagadać z nim na ten specyficzny temat. Czytaj dalej

This Is L.A.: Pitu Pitu

Jakby mało było trzęsienia ziemi i powodzi, w Shadowrunie Los Angeles jest nękane również przez plagę mediów społecznościowych. Dokładniej, serwis Persona 2.0, w skrócie „Pitu” (od P2, jakby ktoś nie wiedział). Wyobraźcie sobie Youtube, Facebooka i LinkedIn w jednej paczce: wszechobecne drony z kamerami filmują was serwując wideo na bieżąco setkom gamoni, którzy was oglądają, macie listę znajomych (na którą – jak amen w pacierzu – będą się pchać jakieś warzywa, których w ogóle nie znacie), a do tego jeszcze miernik tego, ile powiązań dzieli was od Wielkiego Zielonego, czyli szefa Horizon. Oczywiście byle szmondak nie może sobie założyć konta – trzeba najpierw dostać zaproszenie, co oznacza, że dopóki nie zrobimy na kimś wrażenia, to się w mieście nie wylansujemy. A lansowanie, proszę państwa, to w LA rzecz święta. Jak się nie lansujesz, to cię nie ma. Czytaj dalej

This Is L.A.: Przebudować Metropolię

Downtown Los Angeles

Image by Jami Dwyer via Flickr

Z mocnym postanowieniem przygotowania przygody do Shadowruna, dziejącej się w Los Angeles, przygotowałem sobie nakładkę do Google Earth i zacząłem przegryzać się przez podręcznik „Corporate Enclaves”. Jak już wiemy z poprzedniego wpisu, na zalanych terytoriach w naszych czasach stoją głównie typowe amerykańskie domki z tubajforów i sajdingów – kto grał w GTA: San Andreas, ten pamięta jak wyglądało Ganton, czyli fikcyjny odpowiednik Compton. Podręcznik jednak, z uporem maniaka, wciska nam teksty o wieżowcach, a przynajmniej czymś wyższym niż domki z dykty – a ja, zgodnie ze swoją zasadą „myśleć, analizować, krytykować” zacząłem pytać co, po co i dlaczego tak. I po paru dniach mnie tknęło: czyżbyśmy mieli do czynienia z zabudową w stylu „The Projects” z GTA IV, czyli wysokimi budynkami mieszkalnymi, budowanymi na zasadzie „upchaj tylu czarnuchów ile się zmieści”? W końcu jak zaorzemy kwartał domków i pieprzniemy tam parę wieżowców po dziesięć-piętnaście pięter, to nagle ilość lokali socjalnych nam się kilkukrotnie zwiększy. Mamy jednak jeden drobny problem: Los Angeles, z racji sąsiedztwa uskoku San Andreas, lubi się trząść, a wysokie budynki trzęsienie znoszą, delikatnie rzecz biorąc, nienajlepiej. Ale technologia idzie do przodu – skoro w centrum LA mogą stać lasy wieżowców i nic złego im się nie dzieje, a społeczeństwo liczebnie rośnie i gdzieś trzeba je upakować, to domki tych lepiej zarabiających też można zaorać, a zamiast nich sprezentować tak zwane apartamentowce. Zresztą tu mi wyszła kolejna konstatacja: przecież cały ten obszar to na dobrą sprawę gigantyczne przedmieścia złożone z kilku małych miasteczek pochłoniętych przez miasto Los Angeles. Im bardziej LA będzie się rozrastać, tym więcej zabudowy podmiejskiej, czyli śmiesznych małych domków, trzeba będzie zastąpić miejską, czyli kilkupiętrowymi (co najmniej) blokami. Można więc bezpiecznie założyć, że im bliżej centrum LA, tym większe szanse na tor przeszkód w postaci resztek blokowisk – no, może za wyjątkiem dzielnic przemysłowych, ale o tym za chwilę. Czytaj dalej

This Is L.A.: Na Dobry Początek

Bunker Hill in downtown Los Angeles as seen fr...

Image via Wikipedia

Aby zrozumieć, jak duża część Los Angeles poszła w Shadowrunie pod wodę, postanowiłem nanieść mapkę z podręcznika „Corporate Enclaves” na zdjęcie satelitarne. No i trochę mnie przytkało. Odpaliłem Google Earth, zacząłem mierzyć i doliczyłem się, że nawet bez wystających na południe i północ części mamy do czynienia z obszarem porównywalnym z Warszawą. Z wody nawet za bardzo nie ma co wystawać – zabudowa na tym terenie to albo typowe amerykańskie domki, albo dwu-trzypiętrowe budynki usługowe i biurowe. No, może przypadkiem można się wpierniczyć na wieżę kontrolną lotniska LAX (widzicie tą czarną plamę między Inglewood i Hawthorne? To kawałek na zachód od niej). Oprócz tego, w Torrance znajduje się rafineria ropy naftowej (w trójkącie utworzonym przez trzy drogi, tam gdzie na mapce wskazuje litera „e” w nazwie „Torrance”), a jeśli ktoś chce się pobawić w opisywane w podręczniku nurkowanie w poszukiwaniu najróżniejszego szmelcu, to polecam okolice West Compton (między „The Haven Reeducation Facility” a archipelagiem, o który zahacza Arcology Mile) – jest tam od cholery magazynów, warsztatów i hurtowni. Czytaj dalej

Po co nam Moloch?

Original (1.0) edition of Neuroshima cover

Image via Wikipedia

Polscy RPGowcy mają złe przyzwyczajenia. Jak zresztą Polacy w ogóle. Pierwsze, to „polactwo-zwalactwo”: my jesteśmy grzeczni i poukładani, to na pewno nie my wywołaliśmy III Wojnę Światową, tylko eksperymentalny komputer, który opierdział nas psychotropami i ktoś niechcący wcisnął atomowy guzik. Drugie to idiotyczny mit, że słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę, szczególnie walcząc przeciwko niemożliwym do pokonania wrogim siłom. A potem wszyscy giną i chuj, ojczyzny nie ma, bo i dla kogo miałaby być. Więc jak w reklamie Old Spice: patrzę na Neuroshimę. Potem na Fallouta. Potem znowu na Neuroshimę. I znów na Fallouta. Niestety, Neuroshima nie jest Falloutem. Ale gdyby wywalić z niej pewien fundamentalny bezsens, mogła by być równie dobra. Popatrz w dół. A teraz w górę. Gdzie jesteś? Na postnuklearnym Dzikim Zachodzie, gdzie ludzie przede wszystkim nie potrafią dogadać się ze sobą. Co masz w ręku? Popatrz na mnie. To kij. I mogę ci nim dać w łeb. Teraz kij zmienił się we flagę jakiejś ufortyfikowanej wiochy. Wszystko jest możliwe po tym, jak społeczeństwo się rozsypało. Zmutowane karaluchy gryzą mnie po kostkach. Czytaj dalej